John Scofield – gitary, Larry Grenadier, Scott Coley, Brian Blade – perkusja
Piętnaście lat temu John Scofield podpisał kontrakt z Verve Music Group. Na płytowym rynku ukazała się wówczas tytułem debiutu w barwach nowej firmy płyta „Quiet” – album w swej urodzie zupełnie niezwykły i w karierze wielkiego Sco wyjątkowy.
Heros elektrycznej gitary chwycił wówczas za gitarę akustyczną i zaproponował wyciszoną stronę swojej artystycznej wrażliwości. Dzisiaj, po piętnastu latach zmieniły się czasy, o całe piętnaście lat zmienił się i sam Scofield, ale swoim najnowszym albumem przypomniał, że liryzm to jedna z najważniejszych cech jego gry i w ogóle muzycznego stylu. Choć już nie w towarzystwie gitary akustycznej i nie w licznej kompanii zaproszonych gwiazd, a tylko z kwartetem muzyka Scofielda wciąż jest czarująca, wciąż budzi emocje i w bardzo skutecznie namawia, żeby od czasu do czasu zażyć odrobiny spokoju. Ta odrobina w przypadku „A Moment’s Peace” trwa blisko godzinę i wiedzie tropami standardów, m.in. piór braci Gershwinów, Abbey Lincoln, Johna Lennona, Paula McCartneya czy Carli Bley, ale również i kompozycji własnych lidera. W sumie mamy tu 12 odsłon, tej refleksyjnej Scofieldowskiej natury. Każda jest na swój sposób inna i każda także na swój sposób urocza. Niekiedy uwodzi brzmieniami organowymi, kiedy indziej opiera się na dyskretnym akompaniamencie fortepianowym, a jeszcze kiedy indziej czaruje olśniewającymi akcjami sekcji rytmicznej. Zawsze jednak i przede wszystkim uwodzi subtelnościami gitarowego brzmienia i bajeczną frazą, w których przecież zaklęta jest wyjątkowość Scofielda – improwizatora. Słowem bardzo dobra płyta. Bez fajerwerków, bez póz i ckliwej uczuciowości.
Posłuchaj podcastu Macieja Karłowskiego poświęconego płycie „A Moments Peace”