Matana Roberts jest artystką szczególną. Jej głos, brzmienie saksofonu i przede wszystkim z jednej strony niezwykle rozbudowana, rozłożona na 12 części muzyczna wizja spod znaku Coin Coin – z drugiej oryginalna, pierwszosobowa, intymna opowieść muzyczna, do której libretto oparła na historii własnej rodziny. Oto nakładem kanadyjskiej Constellation Records ukazała się druga część jej opus magnum: po „Gens de couleur libres” przyszedł czas na Mississippi Moonchile.
I od pierwszych dźwięków zaskoczenie. Nie ma już 15-osobowej orkiestry i eklektyzmu, który poruszył krytykę i słuchaczy przy pierwszy odcinku sagi Coin Coin. Dużo mniej jest też śpiewu Matany. Pojawia się za to drugi głos – Jeremiah Abiah. W miejscu rozmachu pojawia się jeszcze więcej bezpośredniości. Warstwę słowną albumu ułożyła artystka ze słów i wspomnień babć – o domu rodzinnym, o szkole, ale też o tym jak kilkadziesiąt lat temu traktowano czarnoskórych w szpitalu. Na płycie Matana nie zdziera już gardła – jak w „Pov Piti” z pierwszej części Coin Coin. Opowieść toczy się prze dźwiękach jazzu, który jest tutaj nie tylko językiem, ale też nośnikiem, medium kultury czarnych Amerykanów. Opowieści kobiet przeplata artystka ze słowami i melodiami zaczerpniętymi z hymnów gospel a nawet fragmentem przemówienia aktywistki human rights movement Fannie Lou Hammer. Album symbolicznie podzielony jest na 18 utworów. W rzeczywistości jest to, podobnie jak poprzednio jeden muzyczny, koncertowy ciąg – spektakl.
Szczególnie urzekające są jak zawsze momenty najcichsze – jak finałowe „Women Red Racket” czy „Blessing”.
Drugi rozdział Coin Coin jeszcze głębiej rozwija muzyczną wizję zbudowaną na „ Gens de couleur libres”. Do finału zostało Matanie Roberts jeszcze 10 części. Czekam na nie z nieustająco zapartym tchem.