Elina Duni voice; Colin Vallon piano; Patrice Moret double-bass; Norbert Pfammatter drums
Manfred Eicher ma zaś szczególny talent do prezentowania w swym katalogu wokalistek nietuzinkowych. Artystki takie jak Judith Berkson, Norma Winstone, Amina Alaoui czy wreszcie Meredith Monk na kolejnych płytach z monachisjkiej oficyny głosem tworzą muzyczne spektakle. Do tego grona dołączyć ma Elina Duni.
Kiedy miała 10 lat, po upadku komunistycznego reżimu przeniosła się z mamą z Albanii do Szwajcarii. Tam skończyła szkołę muzyczną i stała się częścią tamtejszej sceny jazzowej. Nie śpiewa jednak o Alpach, czekoladzie czy walorach szwajcarskiego sera. Zamiast tego wykonuje tradycyjne piosenki z różnych regionów Albanii. W języku swych rodziców śpiewa pieśni o miłości, samotności, wojnie i albańskich bohaterach.
Pierwszy raz mogliśmy usłyszeć o niej przy okazji premiery płyty tria Colina Vallona. To właśnie Duni wymyśliła swoim przyjaciołom tytuł dla ich ECM’owego debiutu – “Rruga” po albańsku znaczy podróż. Teraz nasz zasób słów w tym języku możemy poszerzyć o nowy zwrot – “Matanë Malit” znaczy “za górą”. Na płycie pod tym tytułem wokalistce towarzyszą Colin Vallon wraz z kontrabasistą Patrice Moret oraz Norbert Pfammater za zestawem perkusyjnym.

Powstał album klimatyczny i oszczędny w środkach wyrazu. Wszystko podporządkowane jest tu głosowi Eliny Duni. Łatwo dać się uwieźć oryginalnemu brzmieniu języka albańskiego i niespiesznie płynącym melodiom. Jej ekspresji przywołującej skojarzenia z piosenką aktorską.
Choć autorka sięga tu po melodie ludowe, album wolny jest od folklorystycznych wycieczek. Zgodnie z zapowiedziami samej wokalistki ta płyta to spotykanie czasów jej dzieciństwa, piosenek, wśród których dorastała, z muzyką i kulturą w której żyje dziś.
Każdy z utworów to opowieść. Warto sięgnąć do dołączonej do płyty, jak nie często w ECM treściwej książeczki, by poznać tłumaczenia utworów Bessy Myftiu, Ismali Kadare czy Muharrema Gurra – współczesnych poetów języka albańskiego.
Płyta, choć bez wątpienia wyróżnia się na tle tego, co najczęściej określamy „wokalistyką jazzową”, pozostawia jednak niedosyt. Brakuje w niej suspencu, siły i charyzmy, która bije z większości ECM’owych płyt, których bohaterem jest głos. To jednak początek. Zobaczymy co przyniesie podróż na drugą stronę góry.