Nels Cline: guitars, effects, voice, Quintronics Drum Buddy; Scott Amendola: drums, percussion, electronic treatments/loops, mbira; Trevor Dunn: basses, effects; Yuka C. Honda: electric piano, OP-1; Cyro Baptista: percussion universe; Josh Jones: congas, other percussion; Zeena Parkins: electric harp.
Gdy wszyscy ogłaszają śmierć muzyki gitarowej, w świecie improwizacji, pieśni młodych wioślarzy brzmią coraz donioślej. Ci „młodzi” to w jazzie pojęcie cokolwiek względne, jednak zmienników Pata Metheny, Johna Scofielda i Johna McLaughlina nie brakuje. Jednym z najciekawszych gitarzystów jest dziś bez wątpienia Nels Cline.
Po pierwsze Wilco – chicagowski zespół rockowy, którego fani wypełniają w Stanach Zjednoczonych stadiony. Na drugim biegunie BB&C czyli Tim Berne, Jim Black i Nels Cline – zespół tak free, jak to tylko możliwe. Po drodze współtworzy z Jenny Scheinman kwartet „Mischief & Mayhem”, gra gitarowy duet z Julianem Lage, zmienia oblicze tria Medeski Martin & Wood, komponuje na zamówienie Kronos Quartet no i przecież są jeszcze „Nels Cline Singers”.
Możnaby sądzić, że przynajmniej w połowie projektów, w których można go zobaczyć dubluje go jego brat bliźniak. Alex (bliźniak Nelsa) jest jednak perkusistą i ma swoje niemniej aktywne jazzowe życie.
Nowy album Nels Cline Singers „Macroscope” to świetny pretekst by wejść w nieeuklidesowy świat dźwięków tego gitarzysty. Trzon zespołu stanowi trio, w którym Cline’owi towarzyszą basista Trevor Dunn i bębniarz Scott Amendola. Zdawałoby się, że jak na jedną płytę, to absolutnie wystarczająca brzmieniowa paleta – słychać to wyraźnie w otwierającej album, gęsto zaplecionej balladzie „Companion Piece”. A przecież do składu dochodzą jeszcze Yuka C. Honda na instrumentach klawiszowych, Cyro Baptista i Josh Jones na perkusjonaliach, Zeena Parkins na harfie a do tego kilka kartonów elektroakustycznych zabawek.
Z takim samym pietyzmem jak do brzmienia i składu podszedł Cline do kompozycji. Choć to w większości dość krótkie formy, każda ma precyzyjnie przemyślaną formę i treść. Niezwykła jest np. kompozycja „Respira”, w której otwiera sie przed nami maszyna Nels Cline Singers: brzmienia (bo przecież Cline ma ich bez liku) gitary, wszędobylski bas Trevora Dunna, festiwal perkusyjnych struktur tria Baptista-Jones-Amendola, dźwięki z kosmosu Hondy i wszystkiego co pomiędzy – łącznie z wokalizami leadera. Jest tu nawet utwór – jak twierdzi autor – smooth jazzowy, napisany dla Pani Cline: „Red Before Orange”. Kompozycja wykorzystuje brzmienie instrumentu, którego szkoda byłoby opisywać słowami (a nazywa się pociesznie: Drum Buddy):
Muzykę elektroakustyczną słychać też w kolejnych utworach, choćby The Wedding Band, gdzie splata sie ona z grzechotkami, metalowymi bębnami, rurami deszczu i kongami zakontraktowanej tu trójki perkusistów. World music chciałoby się rzec: wonderworld music. A do tego, co sprawia, że gębusia jazzfana śmieje się już dookoła głowy, Cline nie twierdzi wcale, że oto sam wciągnął się do tego świata za głowe. Są na tym krążku ukłony w stronę George’a Bensona, Milesa a czy nawet Miroslava Vitousa – we wspaniałym „Seven Zed Heaven”.
Nels Cline Singers to muzyka zwycznajna-niezwyczajna: contemporary jazz, with a twist – ale właśnie na owym twiście opiera sie cała zabawa. Gdyby album „Macroscope” nagrał Pat Metheny, świat znów by oszalał, a autor „This is not Amercia” dostałby kolejną nagrodę Grammy. Jednak stworzyć mógł ją jedynie Nels Cline i chwała mu za to! Oj gdyby tak zaprosił ktoś Nels Cline Singers do Polski…