Salif Keita jest wyjątkowy, jest inny, i to jest piękne. O tym jest jego najnowsza płyta, o której z całą odpowiedzialnością można powiedzieć to samo.
Salif Keita ma 61 lat. Mieszka pomiędzy Paryżem a Bamako – stolicą Mali. Jest albinosem, czyli „Jestem czarny, ale moja skóra jest biała i podoba mi się to, taka moja odmienność… Jestem biały ale moja krew jest czarna, kocham to, taka odmienność jest piękna”, jak śpiewa w tytułowym utworze, otwierającym album „La Difference”.
Dużo w tym albumie aktywności polityczno-społeczenej. Obok tytułowego apelu o tolerancje dla obmienności, w tanecznej, kołyszącej egzotyką „Ekolo d’Amour” wyśpiewuje Keita memento o dramatycznej sytuacji ekologicznej w jakiej znalazła się Afryka. W „San Ka Na Salif” wraca nad rzekę Niger, nad którą się wychował, by wskazać na bezczynności polityków w ochronie tej rzeki.
Muzycznie słychać tu oczywiście bogactwo rytmów i brzmień Afryki, wzbogaconych (a nie tylko urozmaiconych, czy, jak często bywa, popsutych) nowoczesną aranżacją. Płyta jest przebojowa, wpadająca w ucho. Najważniejszy pozostaje tu jednak cały czas charyzmatyczny, pełen pasji głos Salifa Keity. Byłoby tak i w przypadku nagrania a capella i takiego w towarzystwie wiedeńskich filharmoników. Keita poruszy każdego, nawet jeśli nie włada słuchacz francuskim ani bambara.
Największe wrażenie sprawia za każdym razem ostatni utwór albumu – „Papa”. Ciężko pozostać obojętnym, kiedy dorosły, a w tym przypadku bardzo dorosły, mężczyzna przywołuje tak emocjonalnie własnego rodzica…
Jest kilka takich piosenek, a może mniej… „Mama” Johna Lennona, „Bohemian Rhapsody” Queen
i „Papa” Salifa Keity