Olgierd Dokalski – trumpet
Mateusz Franczak – tenor saxophone
Tomi Simatupang – guitar
Miron Grzegorkiewicz – guitar
Maciej Szczepański – bass
Robert Alabrudziński – drums
I Travel Within My Dreams With A German Passport jest płytą, na której Daktari dało potężnego susa, którego można określić mianem wejścia w dorosłość. Album nagrany w sekstecie, składzie poszerzonym o gitarzystę Tomiego Simatupanga, prezentuje rosnącą dojrzałość i samoświadomość zespołu, który od krótkich, energetycznych numerów przechodzi do kompozycji znacznie bogatszych, o luźniejszej, bardziej improwizowanej strukturze. Materiał podzielony na sześć, w większości bardzo rozbudowanych utworów, prezentuje całe spektrum możliwości poszczególnych muzyków, doskonale odnajdujących się w swych rolach. Wydawać by się mogło, że wprowadzenie kolejnej gitary elektrycznej spowoduje gwałtowny zwrot muzyki w stronę hałasu i zgiełku – nic bardziej mylnego. Gitara, paradoksalnie, pozbawiona jest na albumie piedestału, a swobodne dialogi Mirona Grzegorkiewicza z indonezyjskim muzykiem pełnią rolę bardziej ornamentalną, na dodatek zwykle pozostającą w tle. Instrument, który ma szaloną moc przytłoczenia i zdominowania brzmienia całości został tym samym utrzymany w ryzach, które po głębszym wsłuchaniu fascynują swą lekkością, marzycielską melodyką wymieszaną z umiejętnie dozowanym dysonansem, czy noisem. Choć rdzeń każdej z kompozycji wytyczają czytelne tematy, zwykle poddawane przez Mateusza Franczaka i Olgierda Dokalskiego, to ich rozwój nosi znamiona nieprzewidywalności. Zwykle saksofon wprowadza motyw, a następnie trąbka wraz z upływem czasu nieco go wykoślawia, oddala od kompozycji w stronę improwizacji. Sekcja rytmiczna w odróżnieniu od debiutu otrzymała nieco więcej przestrzeni, lecz w dalszym ciągu sporadyczne popisy solowe podporządkowane są głównie utrzymywaniu improwizacji w formach kompozycji. Zarówno Robert Alabrudziński ze swoim mocnym, wręcz rockowym stylem, jak i Maciej Szczepański, którego charakterystyczny riff napędza dwuczęściowe zakończenie albumu, bardzo dobrze wywiązują się ze swoich obowiązków, nie pozwalając odpłynąć pozostałym zbyt daleko. Na płycie dominuje nieco spokojniejszy nastrój niż na poprzednim krążku, choć jedyną klasyczną balladą, którą można czytelnie wyodrębnić z zestawu jest Eine Kleine Weltshmerz z rzewnym saksofonem i niemniej emocjonalną trąbką. Dialogi dęciaków podane na impresyjnym gitarowym tle – to w moim odczuciu modus operandi, który decyduje o sile sześcioosobowego wcielenia Daktari.