Pracujemy nad nową odsłoną serwisu. Możesz napotkać drobne błędy edycyjne, które na bieżąco usuwamy. Dziękujemy, że jesteś z nami!

Disarm

Disarm
Wykonawca: Thurston Moore / Adam Gołębiewski
Skład:

Disarm, Thurston Moore – gitara elektryczna;
Adam Gołębiewski – perkusja;

Data wydania: 06/12/2017
Autor recenzji: Andrzej Nowak (http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/)

Z mroku gitarowego steel ambientu, w przestrzeni drapieżnej sonorystyki, cierpiącej katusze membrany gołego werbla, wyłania się narracja, która zdominuje nasze receptory słuchu, uwolni niewyczerpalne pokłady endorfin i wystrzeli nas w dźwiękowy kosmos na całe trzy, boskie i niemające końca, kwadranse.

Krople ołowianego potu na gryfie podłączonej do prądu gitary, w opozycji do syntetycznej nieprzydatności plastikowych przedmiotów, tworzą nową okoliczność dźwiękową. Energia kinetyczna rocka, pozostającego w blokach startowych, niemającego jakiegokolwiek zamiaru, by popaść w rytm i adekwatną dynamikę. Jedynie krwiste sprzężenia, będące konsekwencją prostych zjawisk fizycznych, przypominają, z kim i czym mamy do czynienia. Niczym ryczenie lwa na wieść o serii lwich samobójstw. Gęsta historia, ciało w ciało, do ostatniego tchu. Od 6 minuty nienaganna symbioza drapieżnego noise i brutalnego free improve. A potem wybrzmiewanie w aurze oniryzmu, narracyjnego lunatyzmu, artystycznego sceptycyzmu. Disarm.

Strumień zimnej gitary i drżący drumming, tłusty od środka, wiją się, jak para węgorzy na długo oczekiwanym tarle. Niebywale akustyczne zjawisko! Narracja pęcznieje, a upalony duch Hendrixa już czeka za rogiem ulicy. Tak, bo tu nie może być cicho! Jeśli dynamiczny świder upleciony z porozrywanych strun gitary zacznie wiercić dziurę w podłożu, progresywny drumming musi w konsekwencji uklepać ziemię. Tak rodzi się dynamika eskalacji. Ranny rockman spotyka właśnie, co wytrzeźwiałego, całkowicie wyzwolonego improwizatora i obu jest zdecydowanie po drodze. Ich symbioza ma wymiar całkiem biologiczny, choć gdy Sonic Youth – z Thurstonem M. – debiutowali scenicznie w dalekiej Ameryce, Adama G. nie było jeszcze na świecie. To jakby półtora pokolenia różnicy, która w okolicznościach tej rejestracji jest tylko nieużyteczną matematyką. A gitarzysta wyposażony w ponadnormatywną wyobraźnię może brzmieć, jak saksofonowy dron. Tu, na granicy fizycznego przesteru, tworzy błyskotliwy chaos, którego nie możemy nie pokochać. Jakże pomocna zdaje się być, w tym akurat dziele zniszczenia, doom metalowa ekspozycja na samych tylko talerzach. Ostatnie dźwięki cuchną zdrowym industrialem. Distend.

Meta rockowa ballada w rezonansie. Pulsacja, restrykcyjna narracja, dźwięk za dźwięk. Trzyminutowa perła. Disturb.

Zapach noise rocka z najlepszych płyt gatunku, jest udziałem tych, którzy gatunkową obyczajowość zagubili wraz z utratą dziewictwa, w ramionach tej, dla której warto było umierać. Skutki eksplozji nuklearnej mogą być także punktem estetycznego odniesienia dla tego momentu spektaklu. Przester na gryfie, przester na pękających membranach – jako podstawowa metoda twórcza. Zęby rekina wbite w kark niedźwiedzia. Błyskotliwy taniec nad krawędzią. W tango ruszają także membrany naszych uszu. Adamowi pękają talerze, Thurston ma struny owinięte wokół szyi. Dramaturgiczne wyjście z tej fonicznej opresji, doskonałe w wykonaniu obu muzyków! Nie pierwszy dziś oniryczny sound gitary, zakleszczony w zmyślnej sonorystyce zestawu perkusyjnego. Bodaj najbardziej urokliwy akustycznie fragment tej ultra smakowitej płyty! Rodzaj implozywnej, upiornej ballady bez happy endu. Distract.

Ciąg dalszy poprzedniej opowieści. Moore jakby stał za szybą akustyczną, jego brudne brzmienie zniekształca się dodatkowo na pasie transmisyjnym. Buduje mega ambient, mały kosmos. Gołębiewski jest po tej stronie. Stawia stemple no drumming percussion. Narracja gęstnieje, lepi się do butów, a wątki opowieści obu muzyków plączą się wzajemnie, choć całość nie sposób nazwać eskalacją. Muzycy brną po kolana w tłustym błocie i snują historię, która na długo zapadnie w naszej pamięci. Od 5 minuty, do samej już mety, konsekwentne wybrzmiewanie pachnie metafizyką. Nieoczywistość każdego dźwięku przenosi nas w wymiar bez nazwy. Jakby nas już tu nie było. Tylko dźwięk, tylko muzyka. Gryfem gitary płynie pieśń potępienia. Zupełnie nieistotne, czyjego. Deep drumming wprost z piekła wzmaga dysonans poznawczy. Zdaje się, że muzycy mają ochotę na coś spektakularnego w obrębie ostatniej minuty spektaklu. Na naszych oczach stapiają się w jeden dźwięk. Disloge.

Autor: Andrzej Nowak (http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/)

TO MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Jazzarium to jeden z najważniejszych polskich portali poświęconych muzyce jazzowej i improwizowanej, który od wielu lat z pasją dokumentuje najciekawsze zjawiska na polskiej i światowej scenie. Na naszych łamach znajdziesz rzetelne recenzje płyt, wnikliwe wywiady oraz relacje z najważniejszych koncertów i festiwali. Jesteśmy przestrzenią tworzoną przez miłośników dźwięku dla wszystkich tych, którzy w muzyce szukają autentyczności i artystycznej głębi.
Copyright 2026 Jazzarium
REALIZACJA: TV