Omar Sosa – piano, electronics
Wiele razy przytrafiało mi się w cierpkich słowach wypowiadać się o Omarze Sosie. Uwagi te dotyczyły zarówno jego koncertów, których w Polsce dał nie mało, ale również jego autorskich płyt. Sytuacja zmieniła się dopiero kiedy wpadła mi w ręce jego bigbandowa płyta „Ceremony”. Wówczas jednak upatrywałem zmiany swojego nastawienia w aparacie wykonawczym, który Sosa sobie i słuchaczom zaaplikował. Wytłumaczyłem sobie, że to pewnie dlatego, że orkiestra wspiera pianistę, zmieniło się moje postrzeganie jego muzyki. Do dużych składów mam wszak słabość wielką i wielką i na domiar złego w większości przypadków nie potrafię jej ni jak opanować.
Pomyślałem, że bigbandowy rozmach zmiękczył moje serce tylko chwilowo. Mając zaś na uwadze, że będzie tylko kwestią czasu kiedy wpadnie mi w ręce jego kolejna płyta, tym razem będąca recitalem solo, to i zacząłem obmyślać chytry plan zemsty oraz drobiazgowe metody odegrania się na kubańskim pianiście.
Płyta w istocie w ręce mi wpadła, zew krwi jeszcze nie zgasł, wszystko więc wydawało się toczyć zgodnie z planem. Niestety cały plan szlag trafił już po zakończeniu otwierającej płytę kompozycji, a w miarę rozwijania się zdarzeń poczułem tylko rosnącą bezradność pomieszaną z zaskoczeniem. Na samym końcu jedyne co mogłem zrobić to puścić płytę raz jeszcze nie szukając dla siebie jakichkolwiek wytłumaczeń.
„Calma” to bardzo piękna i bardzo kameralna płyta. Także płyta bardzo cicha, co zresztą sam tytuł sugeruje. Przede wszystkim jednak bardzo intymna. Może nawet za bardzo, bo nie raz w trakcie jej słuchania złapałem się na tym, że być może słuchając jej, przekraczam trochę granicę, której w kontaktach z drugim człowiekiem nie wolno ot tak sobie naruszać.
Wypełnia ją 13 improwizacji na fortepian ubranych niekiedy w brzmieniową szatę skrojoną z dyskretnej elektroniki, samplowanych dźwięków z ulicy, głosów dzieci, subtelnych teł Fendera Rhodesa i fortepianowych preparacji. Ale najważniejszym głosem jest tu melodia. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że melodia w najczystszej formie, nie zamazywana zdobieniami, nie tonąca w rozwiązłej egzaltacji, ani perlistej technice, którą Sosa niewątpliwie posiada, ale o której tu cudownie zapomniał. To prawdziwy niepamięci cud, który tym bardziej przemawia do wyobraźni, że wiedzie wprost do muzyki wolnej od manier i kokieterii.
Idę więc posypać głowę popiołem, zwracam Omarowi Sosie honor, choć wiem, że nigdy się pewnie o tym nie dowie i wracam, żeby jeszcze trochę w ciszy pobyć w otoczeniu jego bardzo poruszającej muzyki.