Alexander von Schlippenbach – piano
Cover’owanie gigantów od zawsze stanowiło nie lada wyzwanie. Trzeba być pokornym, ale też nie na tyle, by wyszła z tego zniekształcona kopia, a raczej coś świeżego. Z drugiej strony jednak, jeśli artysta pozwoli sobie na zbyt dużo, może zostać posądzony o świętokradztwo, bezczeszczenie i inne symonie.
Schlippenbach, na całe szczęście wyczuł te delikatne niuanse, a to, co prezentuje na płycie można określić jako czystą i elegancką wersję Monka, choć niekiedy wkracza w oryginalną strukturę jego kompozycji. Repertuar został dobrze przemyślany i dobrany z największą starannością, do czego zresztą niemiecki pianista zdążył nas przed dekady przyzwyczaić, bo przecież sięga po ten repertuar nie po raz pierwszy i nie po raz pierwszy solo, Nie znajdziemy na płycie samych „hitów” , a raczej te mniej znane kompozycje, a może raczej rzadziej wykonywane. Niby jest z czego wybierać, bo wydawać by się mogło na pozór, że zbiory jego twórczości są obszerne. W rzeczywistości jednak to zaledwie około 70 kompozycji, zatem należy śmiało przypuszczać, że proces konstrukcji repertuaru był długotrwały i nieprzypadkowy.
Swingowy charakter kawałków Monka został tu niemal zupełnie, okrojony, zapewne w dużej mierze przez samą formę – czyli fortepianowe solo. Do tego poszczególne tytuły rozdzielają interludia, więc mamy tu do czynienia z pewnym założeniem, zrealizowanym na podstawie bardzo konkretnego planu, w któym jest Monka i jest na jego temat nieustanna refleksja i komentarz.
Trzeba przyznać, że jest to dość bezpieczne podejście. W takiej sytuacjai za każym razem rodzi się we mnie pytanie, czy jednak większym wyzwaniem nie byłoby, spuścić na takiego Monka bombę, a potem składać z rozsypanych drobin zupełnie nowy twór. Ale to już Schlippenbach robił, choćby w obszernej monkowiskiej antologii „Monk’s Casino”. Jakkolwiek Schlippenbach’owi, nie po raz pierwszy zresztą, należą się gratulację. Tym razem za takt i kunszt z jakim zagrał i rozmyślał nad repertuarem amerykańskiego giganta.