
„Hałas”, szczególnie jeśli użyty w dyskursie muzycznym, potrafi być kategorią wyjątkowo nieostrą. To, co jeden nazwie po prostu bezkształtnym chaosem, drugi określi mianem wysublimowanej dodekafonii. Narodziny XX wieku odbywały się przy ogromnej ilości krzyku i hałasu. Za przerwaną ciszę odpowiedzialni byli w równej mierze Schönberg i Strawiński, co wybuch Pierwszej Wojny Światowej i postępujące szaleństwo nazizmu.
Alex Ross, redaktor „New Yorkera”, posiada umiejętność wśród ludzi piszących o muzyce niemal niespotykaną – dalekiego wybiegania wzrokiem i łączenia ze sobą nazwisk i faktów na pozór zupełnie niezwiązanych. Ross jest tak biegły w operowaniu muzyczną wiedzą, że znajduje sposób by postawić obok siebie Arnolda Schönberga i Boba Dylana. Bez zgrzytów. Ale pomijając kwestie lekkiego stylu i ogromnej erudycji, Ross nie tylko WIE, lecz również ROZUMIE. Rozumie konsekwencje, jakie niesie ze sobą dane wydarzenie muzyczne (niech to będzie premiera Salome Straussa czy Święta wiosny Strawińskiego) i potrafi osadzić je w kontekście społecznym. Brawa za to! Ale jakby tego było mało, Ross nie morduje czytelnika upiorną fachową gadaniną o progresji akordów, harmoniach czy rozwijaniu się dominanty w tonikę. Dziennikarz oszczędza nam tych mądrości na rzecz spraw naprawdę ważnych. A te ważne, najważniejsze dla kultury, sprawy traktuje w sposób cudnie lekki, tak że nie pozwala czytelnikowi udusić się pod ciężarem powagi dzieł Mahlera czy Wagnera. Jego styl – nie dość, że lekki, momentami bywa wręcz plotkarski. Ross przywołuje mnóstwo anegdot i drobnych historyjek, które stanowią wartość samą w sobie. Tak więc przed oczami staje nam Schönberg, który z szaleństwem w oczach napada w supermarkecie w Los Angeles żonę pisarza Liona Feuchtwangera, krzycząc, że – wbrew temu, co napisał Mann w Doktorze Faustusie – on-Schönberg nie jest i nigdy nie był chory na syfilis. Widzimy jak jeden z najwybitniejszych uczniów Schönberga, Alban Berg, najpierw zakrada się do garderoby, by ukraść batutę Mahlera a później wybiega z próby swego kolegi Antona Weberna, tłumiąc śmiech po tym, jak tenże Webern kazał saksofoniście zagrać swoją partię z „seksapilem”. Takich historyjek jest mnóstwo i są niezmiernie potrzebne, by nie dać się przytłoczyć wielkością samych nazwisk – Bartók, Wagner, Strauss, Gershwin… brzmi groźnie. A Ross opowiada o nich jak o zabawnych, nieco pokracznych i niezdarnych bohaterach powieści.