
W nocy z niedzieli na poniedziałek naszego czasu, po raz 54. przyznano nagrody Grammy. Większość serwisów pospieszyła już z przekazaniem listy laureatów, nawet tych jazzowych. Zastanawialiśmy się więc, czy jest sens pisać o Grammy na łamach Jazzarium. Po około 3-sekundowej burzy mózgów postanowiliśmy zamiast “newsa” pokusić się o komentarz.
Nagrody Grammy są bezkonkurencyjnie najbardziej znanymi, rozpoznawalnymi, a więc i w pewnych kręgach, najbardziej liczącymi się nagrodami muzycznymi na świecie. Z tegorocznej ceremonii rozdania zapamiętamy z pewnością śmierć Whitney Houston, komplet nagród dla Adele (6 nominacji – 6 statuetek) i… No właśnie.
A jeśli chodzi o jazz…
Tegoroczni laureaci to:
– Chick Corea (2 statuetki: najlepsze solo za „500 miles high” – co ciekawe, przewidzieliśmy to na facebooku; jazzowa instrumentalna płyta za “Forever”)
– Christian McBride – najlepsza jazzowa płyta nagrana w dużym składzie instrumentalnym – “The Good Feeling”
– Terri Lyne Carrington w kategorii najlepsza wokalna płyta jazzowa za “The Mosaic Project”
Steve Greenly na łamach Boston Globe doskonale punktuje miałkość nominacji w kategorii najlepszego solo, sprowadzając zasadę przyznawania nagród w tej kategorii do… maksymy inżyniera Mamonia, któremu najbardziej podobają się te melodie, które już kiedyś słyszał. Zaproponował on swoje nominacje w tej kategorii i trudno nie uznać jego propozycji za wielokrotnie ciekawsze: J.D. Allen za „Victory”, Donny McCaslin za „Hands Down”, Matana Robers za „My Sistr”, Matthew Shipp za „Take the A-trane”, David S. Ware za „Passage Wudang”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Akademię Fonograficzną coś w muzyce ominęło…
Symboliczna niech będzie, druga już nagroda, dla Pata Metheny’ego w kategorii najlepszy album New Age (tym razem za album „What’s it all about”)…
Niestety, w tym roku, w związku ze zmianami w regulaminie Grammy, zlikwidowano najciekawszą i “najbardziej jazzową” kategorię – Best Contemporary Jazz Album. Mogło być jednak gorzej – bluesmanom pozostawiono wyłącznie kategorię najlepszy album (zdobył ją Tedeschi Trucks Band za album „Revelator”).
Uczciwie przyznać należy, że miał jazz, podczas ceremonii Grammy, także chwile swojego triumfu – np. gdy Herbie Hancock odbierał stauetkę płyty roku z album “River – Letters to Joni” lub gdy, rok temu Esperanza Spalding uznana została debiutem roku (pokonując ikonkę nastoletniego popu – Justina Biebera). W ogólności jednak nagrody Grammy w jazzowym świecie przypominają nasze Fryderyki – coraz bardziej oddalając się od muzycznej rzeczywistości, a już w zupełności tracąc funkcję nobilitującą, wyróżniającą laureatów w tłumu – skoro i tak wszyscy nagrodzeni sami są już bardzo nobliwi i wyróżnieni – i bez kolejnego złotego gramofonu.
Na szczęście istnieją nagrody, o może nie tak wdzięcznej jak Grammy nazwie, jednak pełniące zarówno funkcję wyróżnienia, nobilitacji jak i kreujące opinie. Nazywają się one JJA Awards, a przyznaje je Jazz Journalsts Association. JJA zauważa obecność na rynku muzyków takich jak Vijay Iyer, Rudresh Mahanthappa, Miguel Zenón, Ambrose Akinmusire czy Gretchen Parlato (obecnej w projekcie Mosaic). To oni trzymają rękę na jazzowym pulsie. Grammy bardziej niż muzyczne tętno, mierzy słupki oglądalności – i tak najwyraźniej być musi.