
Coleman Hawkins był i przez całe lata pozostawał najważniejszym saksofonistą na świecie. Przez ponad 40 lat był na szczycie, dzięki swojej wyobraźni i umiejętności przenoszenia pomysłów na dźwięk. Nie licząc Buddy’ego Boldena, który jest postacią pół-mityczną i nie udokumentowaną żadnym nagraniem, „Hawk” – tudzież „Beans” – pozostawał najbardziej wpływowym saksofonistą tenorowym. Joachim E. Berendt pisał: „Przed nim było kilku saksofonistów tenorowych, jednak ten instrument nie był do końca traktowany jak pełnoprawny”. Miles Davis przyznał: „Gdy usłyszałem Hawka, nauczyłem się grać ballady” a Lester Young, zwany „Pres” od „President” powiedział: „Jeśli o mnie chodzi, prezydentem jest Hawkins. Ja jestem wice”.
„W ciągu dnia graliśmy z kolegami na ulicy w baseball. Po meczach siadałem na schodach przed domem Colemana Hawkinsa. Wiedziałem gdzie mieszka, wszyscy to wiedzieli. Hawkins był królem dzielnicy. Czekałem na niego godzinami, aż wróci do siebie, trzymając w jego zdjęcie. Miałem nadzieję, że mi je podpisze. W końcu przyszedł, uśmiechnął się i podpisał fotografię. Do dziś jest to jedno z moich cenniejszych trofeów” – wspominał Sonny Rollins, który jest zaledwie jednym z wielu muzyków zainspirowanych w młodości przez Colemana Hawkinsa.
Hawkins urodził się w 1904 roku w Missouri. We wczesnej młodości uczył się grać na wiolonczeli i pianinie, do saksofonu dojrzewając dopiero w wieku 9 lat. Gdy skończył 14 lat grywał już w zespołach w Kansas. Szybko zdobywał renomę utalentowanego saksofonisty, występował u boku Fletchera Hendersona, Louisa Armstronga i Benny’ego Goodmana. Uczestniczył także w jednym z pierwszych „mieszanych” rasowo nagraniach, z grupą Mound City Blue Blowers. Rósł w siłę i doświadczenie a wraz z nim rosła jego pewność siebie na scenie. Stawał się coraz śmielszym solistą. W 1924 roku był już gwiazdą tenoru, choć z dzisiejszej perspektywy jego brzmienie z tamtego okresu wydaje się nieco staroświeckie. To zmieniło się – pod wpływem Hendersona – już rok później, gdy gra Hawkinsa przybrała dobrze znany, stanowczy i ciepły ton. W owym czasie nie było właściwie saksofonisty, który nie starałby się modelować brzmienia na wzór „Hawka”. W 1934 roku wyjechał do Europy, gdzie podczas pięcioletniej trasy koncertowej współpracował m.in. z wirtuozem gitary Django Reinhardtem, występując wspólnie w 1937 roku w paryskich klubach.
W 1939 roku wrócił do Stanów Zjednoczonych, gdzie nagrał jazzową interpretację popularnej melodii, „Body and Soul” – dziś nagranie Hawkinsa uważane jest za jeden ze skarbów cywilizacyjnych Zachodu; znajduje się w zbiorach Library of Congress. Następnie nie udało mu się odnieść sukcesu z założonym przez siebie big-bandem. Zbliżała się epoka be-bopu, swing przestał być atrakcyjny. Hawkins rozwiązał zespół i stworzył kilka małych składów, z którymi występował w lokalach na 52 ulicy. Już wtedy miał na karku 20 lat aktywności scenicznej. Przyszedł czas na nauczanie i dzielenie się nieprzeciętnym doświadczeniem – głównie z barbarzyńcami, be-bopowcami. Zapraszał do gry Theloniousa Monka, Milesa Davisa, Dizzy’ego Gillespiego, Maxa Roacha a także „Fatsa” Navarro i J.J. Johnsona. W 1948 roku nagrał pierwsze w historii jazzu solo saksofonowe, bez udziału akompaniamentu – utwór nosił tytuł „Picasso”.
W latach 50., gwiazda Hawkinsa zaczęła nieco przygasać. Uznany został za „niedzisiejszego”, „przestarzałego”. Znacznie popularniejszy wydawał się Lester Young. Gdy wydawało się, że kariera „Hawka” zmierza do końca, z pomocą przyszedł Sonny Rollins, wciąż przechowujący w pamięci siedzenie na schodach przed domem swojego idola. Wspólnie nagrali album „Sonny Meets Hawk!” w 1963 roku, która przyczyniła się do renesansu twórczości zasłużonego muzyka. Pojawił się również na płycie Maxa Roacha „We Insist!” a także na nagraniu „Thelonious Monk with John Coltrane” i „Duke Ellington Meets Coleman Hawkins”. Wcześniej, w 1957 roku wystąpił na festiwalu w Newport, dając znakomicie przyjęty koncert w kwintecie z Royem Eldridgem.
1965 rok miał być ostatnim dobrym rokiem Colemana Hawkinsa. Zaczął pić bez umiaru, właściwie przestał jeść, wpadał coraz częściej w nastroje apatii. Stracił zainteresowanie światem, który przestał mieć dla niego spójność i sens. Jego muzyka przestawała być potrzebna. Ostatniego nagrania dokonał w 1967 roku. Nawet te ostatnie nagrania, w trakcie których był już zniszczony i wychudzony, trzymają poziom wielkiego mistrza, czy też – jak nazwał go Eddie Jefferson – „króla saksofonu”.