Wierzcie lub nie, ale za każdym razem, kiedy wkładam tę płytę do odtwarzacza, zza zimowych chmur wychodzi wiosenne słońce. Będzie to bez wątpienia jedna z najważniejszych i (oby) najchętniej kupowanych polskich płyt tego roku.
Na wieść o tym jaki zespół zebrał w studio Robert Majewski, chyba każdy polski jazz fan jedną ręką przecierał oczy z niedowierzania a drugą podtrzymywał opadającą szczękę. Do Warszawy na zaproszenie polskiego trębacza przyjechali: Bobo Stenson, Palle Danielson i Joey Baron. Nazwać pierwszych dwóch tytanami czy jednymi z ojców założycieli europejskiego jazzu, to mało powiedziane. Pianista Stenson, to – m.in. współtwórca sukcesów grupy Jana Garbarka („Sart”, „Witchi-Tai-To”), Charlesa Lloyda („Fish out of water”) czy Tomasza Stańko („Matka Joanna”, „Leosia”, „Litania”). Kontrabasista Danielsson, w swojej, liczącej około 300 pozycji, dyskografii ma m.in. legendarne nagrania z Keithem Jarrettem („Personal Mountain”, „My Song”, „Belonging”). Joey Baron to pierwszy perkusista nowojorskiego Downtown – stały współpracownik Johna Zorna (Masada, Naked City, The Dreamers), gra także z Billem Frisellem, Dave’m Douglasem – pełna lista byłaby naprawdę długa. Pomysłodawcą i producentem nagrania jest Tomasz Gąssowski – autor muzyki m.in. do filmów „Zmróż oczy” i „Sztuczki”. Po trochę ponad miesiącu od sesji nagraniowej trafia w nasze ręce, stylowo opakowana, płyta „My one and only love”.
Na krążku znalazło się 9 kompozycji, wybranych spośród znanych na całym świecie standardów – „Whan I fall in love”, „Body and soul”, „The Nearness of you”. Polskie akcenty są dwa: „Nie budźcie mnie” Jerzego Wasowskiego (piosenkę tę, ze słowami Jeremiego Przybory w Kabarecie Starszych Panów śpiewała Kalina Jędrusik) oraz „Ballad for Bernt” Krzysztofa Komedy, napisana do filmu „Nóż w wodzie” – chyba najlepszy utwór płyty (choć wybór jest ogromnie trudny). W przypadku tej drugiej kompozycji, trudno wyczuć czy zaproponował ją Majewski czy, Stenson z Danielssonem, którzy nagrali ją wcześniej na Stańkowej „Litanii”. Właściwie warto byłoby nie nazywać tych dwóch nagrań „polskim akcentem” – plejada światowych evergreenów to jedyne właściwe miejsce dla muzyki Wasowskiego i Komedy.
Najważniejszy na płycie jest jednak z całą pewnością Robert Majewski i jego flugelhorn. To on prowadzi tę podróż. Tak jak Ornette Coleman powiedział o Charlesie Lloydzie, to samo można rzec o Majewskim: Po prostu gra pięknie.
„My one and only love” to ciepła, delikatna, liryczna, kameralna a wciąż pełnokrwiście jazzowa płyta. Można zapomnieć się wsłuchując w brzmienie Majewskiego, zachwycać się wspólnym graniem Szwedów albo tym jak subtelnie, cichuteńko a jednocześnie przebogato gra Baron. Marzy mi się jednak już kolejna płyta tego Zespołu: „My mad secret lover”, na której ci wielcy muzycy daliby jazzowego czadu, tak jak robili nie raz i nie dwa, pchając historię gatunku do przodu, na nowe, niesprawdzone jeszcze tory.