Dave Liebman: tenor and soprano saxophones, wooden flute; Willy Rodriguez: drum set, percussion; Paolo Stagnaro: congas, batá, cajón, percussion, Iyá (1); Gabo Lugo: congas percussion, Itótele (1); Marcos López: timbales, percussion, Okónkolo (1); Oscar Stagnaro: electric bass
Albo się starzeję, albo… Stop. Tak, czy inaczej zdanie będzie prawdziwe. Podobnie jak prawdziwe są zdania: Dave Liebman niezasłużenie nie jest wystarczająco doceniony, nagrał w swoim życiu co najmniej kilka bardzo ciekawych płyt, jak i niewiele o nim, tak na prawdę, wiemy.
Wiemy, że był saksofonistą w zespołach Davisa pierwszej połowy lat 70 ubiegłego wieku. Wiemy, że był uważany za zapatrzonego w Coltrane’a. Wiemy… No właśnie. Teraz ręka w górę: ilu z nas przesłuchało przynajmniej kilka płyt firmowanych przez niego, pochodzących z różnych lat jego rozwoju. Jakoś lasu rąk nie widzę. Może to i lepiej, bowiem chciałbym Wam przedstawić nagranie – no nie powiem, że zjawiskowe – po prostu bardzo, ale to bardzo dobre.
W wielu swoich projektach, Liebman był kojarzony z muzyką fusion. W innych z akustycznym, niemalże nawiązaniem do cool. Kojarzycie go z muzyką kubańską? Przyznam, że pośród owych rąk wyciągniętych w górę w odpowiedzi na wcześniej postawione pytanie, mogła by się znaleźć i moja. Niemniej jednak Liebman i Kuba raczej mi się nie kojarzą.

„Ceremony” to płyta z udziałem muzyków kubańskich. To także nagranie, gdzie kubańskie rytmy mają dużo do powiedzenia. Właśnie: rytmy, a nie muzyka kubańska, z jej harmoniami, specyficzną śpiewnością i witalnością. Samb tu nie znajdziecie. Jest natomiast mnóstwo rytmu. Tego czarno-latynowskiego rytmu, gdzie niemal każdy Polak gubi się z podziałami. Gdzieś to jest etniczne do szpiku kości. Gdzieś odczuć można, że to muzyka grana przez osoby, które doskonale wiedzą co grają. Grają bowiem muzykę, w której się wychowali. Przeniknęli nią. Tym niemniej ta warstwa tego nagrania, to wyłącznie rytm. Gdzieś z dalekich Karaibów, z wysp i wysepek. Niemal jak jakiś obrzęd voodoo (bo nic innego do głowy mi nie przychodzi). Do tego Liebman. Swobodny, kompletnie z innych kręgów. Tym akurat blisko modlitewnemu żarowi improwizacji późnego Coltrane’a. Jednak Liebman, to Liebman – stary druh, który niczego już nie musi udowadniać. W szczególności tego, że jazz zna. Przesiąkł nim do szpiku kości. Potrafi improwizować, potrafi mówić do nas, do miłośników jazzu, tym językiem, który nam jest szczególnie bliski.
I bliską winna być nam ta muzyka. Żarliwa, uduchowiona, a z drugiej strony nie bardzo sięgająca do tzw. idiomu jazzu. Do mainstreamowych brzmień, które znane są nam do szpiku kości.
Gorąco polecam, zwłaszcza, że za dźwiękową doskonałość nagrania odpowiada Chesky Records.