Japonia wydaje się szalenie ciekawym terytorium do poszukiwań muzycznych. To tam godzinne wykonania utworów nagrywał Coltrane, to stamtąd pochodzi niezwykły, podchodzący pod rejony spiritual-jazzu album koncertowy Carlosa Santany – „Lotus”, to tam wydawane były płyty Milesa, Hubbarda czy Hancocka, które nie ukazywały się przez lata w żadnym innym kraju. Do legendy przeszła też japońska awangarda.
Mając na koncie już ładną sumkę japońskiej muzyki z lat 70., nie odnalazłem wielu rzeczy, które zaimponowałyby mi na – przepraszam za wyrażenie – międzynarodową skalę. Zupełnie inaczej jest z Watanabe. Ten saksofonista to bodaj jedna z największych postaci mainstreamowego jazzu, muzyk, który osiągnął absolutnie I-ligowy poziom. Której płyty z tej dekady bym nie wziął, to zawsze sensowne granie. Co więcej – skupieni wokół Sadao muzycy też jakby wspinali się na poziom wyżej.
W paczce płyt z Japonii przyszedł album self-title. Rocznik 1972, na pokładzie wieloosobowy skład. Rozpoczynający utwór, mistyczna introdukcja z lekko stylizowanymi na afrykańskie zaśpiewami (odwołania do muzyki tego kontynentu to zresztą jeden ze znaków rozpoznawczych Sadao) już sugeruje, że będzie fajnie. I jest – gdy tylko odzywa się cała zgraja instrumentów, potężne tąpnięcia kontrabasu, rzucane gdzieś w tle, jakby od niechcenia akordy piana, snujące się, przesterowane jęki gitary, na które w końcu wchodzi unisono puzonu i altowego saksofonu, który prowadzi następnie znakomitą solówkę. Sadao dysponuje tu znakomitym brzmieniem, kojarzącym się trochę z Coltranem, ale i trochę z tą nieprzewydiwalnością Shortera.

Watanabe wie kiedy uderzyć, wie i kiedy zwolnić. Raz trafi się takie sielankowe wręcz cudo, jak „Mtelenko”, raz powraca do krainy absolutnego uduchowienia. Być może w niektórych momentach usłyszycie, że nie wszyscy muzycy grają na równie wysokim poziomie, co Sadao, że nie każdy ma w sobie takie pokłady kreatywności, czy potrafi równie inteligentnie improwizować. Ale gdy muzyka ma tak wielką siłę, mocniejsi wynosząca całą resztę do góry – i słucha się tego znakomicie.
Trafiłem na album „Sadao Watanabe” w ramach poszukiwania ciekawostek z Japonii. Po przesłuchaniu nie mogę go już traktować inaczej, jak jednego z ciekawszych nagrań nurtu spiritual-jazz lat 70.