Lee Konitz (as), Warne Marsh (ts), Sal Mosca (p -1/4,7), Billy Bauer (g), Oscar Pettiford (b), Kenny Clarke (d), Ronnie Ball (p) replaces Mosca in „Ronnie’s Line”
Warne Marsh i Lee Konitz! Duet idealny, tak jak idealnym duetem był Charlie Parker i Dizzy Gillespie, Ornette Coleman i Don Cherry, Charlie Mingus i Dannie Richmond, albo frontmami The Modern Jazz Quartet John Lewis i Milt Jackson.Wszyscy nagrywali dla Atlantic, choć Warne Marsh i Lee Konitz spośród nich zdecydowanie najmniej. Mimo to to właśnie w katalogu firmy Ahmeta Erteguna znajduje się jedna z najświetniejszych pozycji dokumentujących wieloletnią współpracę tych wyśmienitych saksofonistów.
Nad muzyką tych gentelmanów unosi się duch trzeciego, choć akurat podczas tej sesji z 1955r. nie wspierał ich swoim talentem. Mam na myśli niewidomego i wielkiego protoplastę jazzu cool Lenniego Tristano. Podobno kiedy powiedział, że narracja wynikająca z nut i dbałość o brzmienie to wszystko czego potrzeba żeby wypowiedzieć się muzycznie, a nadużywanie gwałtownych kontrastów dynamicznych, cressendo czy głośności to po prostu wulgaryzm.
No i w istocie słuchając gry najpilniejszych uczniów Tristano – Marsha i Konitza można byłoby pod tą tezą, może nie zaraz obydwoma rękoma, ale jednak śmiało się podpisać. Istotą cool jazzu było brzmieć cool, ale pozostawać hot. I prawdę powiedziawszy misternie splecione ze sobą arabeski altu i tenoru z jednej strony brzmią elegancko i w sposób kontrolowany z drugiej przebija z nich wielka i ekscytująca pasja. Parkerowska „Donna Lee” jest tego wybornym przekładem
I gdy nałożymy na to wszystko jeszcze cudownie rozbujaną i sakramencko swingującą sekcję z Salem Moscą, Billy Bauerem, Oscarem Pettifordem i Kennym Clarkiem to obraz będzie pełny, zadziwiający i pouczający.