Pracujemy nad nową odsłoną serwisu. Możesz napotkać drobne błędy edycyjne, które na bieżąco usuwamy. Dziękujemy, że jesteś z nami!

Gunther Schuller – człowiek, który wymyślił trzeci nurt

gunther
Gunther Schuller powtarzał swoim kolegom-akademikom: trzeba porzucić na zawsze intelektualizowanie muzyki, jej analizę dla samej analizy. Trzeba w zamian pisać muzykę, która może trafić do szerokiej publiczności. Przekonywał do wychodzenia na przeciw słuchaczowi, choć sam był przecież wybitnie wykształcony, obyty z branżowym żargonem i wywodził się z tradycji Drugiej Szkoły Wiedeńskiej, wynoszącej pod niebiosa dysonanse, dodekafonię i inne zabiegi, prowadzące właśnie do wyalienowania zagubionego słuchacza. 
 
Schuller – jeden z najwybitniejszych amerykańskich kompozytorów, dyrygentów pedagogów i autorów książek muzycznych, który zmarł 21 czerwca 2015 roku w wieku 89 lat – był twórcą terminu „Third Stream”, stanowiącego klucz do jego rozumienia muzyki przystępnej, nie rezygnującej jednak z ambicji. Termin, który po raz pierwszy w trakcie wykładu Schullera w Brandeis University w 1957 r., odnosił się do zgrabnego łączenia muzyki poważnej z jazzem; „trzeci nurt” zasadzał się na improwizacji, odrzucanej przez matematyczny świat muzyki poważnej. 
 
W swojej twórczości muzycznej sięgał po niezwykłe rozwiązania – w „Spectra”, kompozycji-medytacji, przygotowanej dla New York Philharmonic w 1960 r. – podzielił orkiestrę na siedem zespołów, które następnie rozrzucił po całej scenie, tak by można było słuchać każdej z osobna, jak również – z pewnej odległości – jak całości. Przygotowywał także utwory na cztery kontrabasy (1947), pięć trąbek (1952) i kwartet wiolonczelowy (1958). Im dziwniejsze zadanie, tym chętniej brał się z nim za bary. Dziś komponowanie na takie składy nie wydaje się szczególnie awangardowe czy nietypowe, należy jednak pamiętać, że Schuller swoje prace tworzył na przełomie lat 40. i 50. Potrafił być nieprzystępny i trudny w odbiorze; potrafił być także poetycki, wrażliwy, wręcz delikatny. 
 
Urodził się w 1925 r. w Nowym Jorku, w niemieckiej rodzinie; jego ojciec pracował jako skrzypek w nowojorskiej filharmonii, wcześniej koncertując w Niemczech pod batutą Wilhelma Furtwanglera. Jego dziadek także był muzykiem – dyrygentem oraz nauczycielem. Jako nastolatek Gunther Schuller występował już na stałe w American Ballet Theatre. Grał na rogu. „Miałem wielkie szczęście wrodzić się w muzyczną rodzinę. Mój ojciec miał mnóstwo nut, walających się po domu. Jako 11-latek zacząłem kolekcjonować własne – jako 13-latek zacząłem kupować płyty” – wspominał w wywiadach.
 
 
Następnie przeniósł się do bardziej prestiżowej Metropolitan Opera Orchestra, w której pozostał do 1959 r. Nigdy nie otrzymał żadnego dyplomu z żadnej szkoły. Mówił o sobie, że jest „szkolnym wyrzutkiem”. Był samoukiem, naturalnym talentem. Choć żył muzyką poważną, nastoletnią duszę pociągał nieuczesana, ekscytująca i nowa muzyka, jaką był jazz. Zafascynował się nią głównie za sprawą elegancji kompozycji Duke’a Ellingtona. Swoją karierę w tym gatunku rozpoczął od nagrywania z Milesem Davisem w 1949 r.
 
W 1955 r. wraz z pianistą Johnem Lewisem, Schuller założył Modern Jazz Society i wpadł w obsesję znalezienia wspólnego słownika dla jazzu i muzyki poważnej; swoje kompozycje rozdawał Theloniousowi Monkowi, Billowi Evansowi, Ericowi Dolphy’emu, Ornette’owi Colemanowi i Johnowi Lewisowi. Jest autorem ponad 190 kompozycji.
 
„Trzeci nurt” był niczym róg obfitości. „Inspiruje kompozytorów, improwizatorów i muzyków do wspólnej pracy na rzecz zjednoczenia muzyki” – tłumaczył Schuller. Muzyka jak esperanto – odwrócenie Wieży Babel, zjednoczenie wszystkich języków. By zgłębiać możliwości muzyki, zrezygnował z występowania. Poświęcił się komponowaniu i – od 1950 r. – nauczaniu. 
 
 
Za swoją pracę został nagrodzony Pulitzerem – za kompozycję „Of Reminiscences and Reflections” a także Stypendium McArthura, Jazz Masters Fellowship. W 2011 r. do księgarń trafiła jego autobiografia pod bardzo właściwym tytułem „Gunther Schuller: A Life in Pursuit of Music and Beauty”. Ponieważ muzykę traktował śmiertelnie poważnie. Z tego świata odszedł do dźwięków „Ody do radości” z IX symfonii Beethovena. 
 
„Doprowadziliśmy do sytuacji, w której radość znika z twarzy naszych muzyków, zastąpiona przez bierność, cynizm, apatię czy wręcz nienawiść do nowej muzyki” – ostrzegał. 
 

 

Autor: Piotr Jagielski

TO MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Jazzarium to jeden z najważniejszych polskich portali poświęconych muzyce jazzowej i improwizowanej, który od wielu lat z pasją dokumentuje najciekawsze zjawiska na polskiej i światowej scenie. Na naszych łamach znajdziesz rzetelne recenzje płyt, wnikliwe wywiady oraz relacje z najważniejszych koncertów i festiwali. Jesteśmy przestrzenią tworzoną przez miłośników dźwięku dla wszystkich tych, którzy w muzyce szukają autentyczności i artystycznej głębi.
Copyright 2026 Jazzarium
REALIZACJA: TV