Don Cherry

Musical Monsters

No i oto mamy płytę, której zawartość to młyn na wodę tych wszystkich, którzy lubią przy każdej nadarzającej się okazji powtarzać: wszystko już było, kiedyś już ktoś to wymyślił, dawniej to dopiero było granie, nie to co teraz. Dzisiaj wszyscy kopiują muzykę sprzed lat. Oryginalność umarła.

Muzyka jak świat. Dziś 81 urodziny Dona Cherry'ego!

Minęło wiele lat od debiutów Ornette’a Colemana i Dona Cherry’ego i dziś można ze zdumieniem zastanawiać się nad szokiem, jaki wywołali ci dwaj muzycy w środowisku jazzowym. Zabawne i niezrozumiałe wydaje się często wzburzenie, jakim reagowano na ich występy. O co właściwie chodziło publiczności nowojorskiego klubu Five Spot gdy czuła się niemal urażona propozycją kwartetu dowodzonego przez Colemana. Co tak nimi wstrząsnęło? Ostatecznie, brzmienie zarówno saksofonisty, jak i trębacza wyrastało wprost z „mainstreamowego” jazzu.

Awangarda bez szkoły? Czyli racja jest jak dupa, każdy ma swoją.

Przed kilkoma laty przetoczył się przez Internet wywiad ze słynnym jazzmanem, który w czasach nieco bardziej zamierzchłych znaczył w polskim jazzie wiele, a który co najmniej w ostatniej dekadzie funkcjonuje na rynku już raczej jako jazzowy celebryta.

Trevor Watts - człowiek władający większością muzycznych języków

Trevor Watts pojawił się na brytyjskiej scenie jazzowej w połowie lat 60. Z przytupem, ponieważ od razu wszedł w skład jednej z najważniejszych formacji w Wielkiej Brytanii. Gdy wszyscy ekscytowali się "Brytyjską inwazją", Beatlesami, Stonesami, Kinksami i The Who, Watts i jego Spontaneous Music Enseble krzewiło na wyspach tradycję muzyki improwizowanej. I czynili tak przez 30 lat, do rozpadu grupy. Saksofonista Trevor Watts, który założył SME wraz z perkusistą Johnem Stevensem, stał się kluczową postacią dla brytyjskiego jazzu.

Bobby Bradford – opowieść o tym, jak wygrać z czasem

Jest rok 1968, Century City Playhouse – kameralny teatr w Los Angeles, na sali kilkadziesiąt osób, na scenie debiutujący New Art Jazz Ensemble, na czele z Bobbym Bradfordem i Johnem Carterem. Do tego występu muzycy przygotowują się ponad rok, za koncert nie dostają nawet symbolicznego wynagrodzenia, a publiczność z biegiem wieczoru robi się coraz rzadsza.

Down Beat Critics Pool 2017

PO wczorajszych smutnych wiadmościach o śmierci Geri Allen dziś wieści znacznie, zniacznie lepsze! Down Beat ogłosił po raz 65 wyniki głosowania krytyków i w ślad za informacją prasową uprzejmie donosimy, że Wadada Leo Smith i Mary Halvorson znaleźli się w czołówce zwycięzców.

Frank Lowe - żarliwy poryw dźwięków saksofonu

“Wziąłem parę płyt Coltrane’a do Wietnamu i słuchałem ich nieustannie. Jego muzyka dawała mi życie, choć śmierć czyhała na mnie bez przerwy” - tak pewnego razu w obrazowy sposób saksofonista Frank Lowe wypowiedzieć się miał na temat głównej artystycznej inspiracji.

George Russell – filozofia czy poezja muzyki?

Żywa legenda, kompozytor, dyrygent i myśliciel – George Russell – wielka postać w światowym jazzie, więcej, w światowej muzyce. Jeden z nielicznych w tej dziedzinie wielkich kompozytorów, konceptualistów i teoretyków. Gdyby żył miałby dziś 92 lata. Przed laty dzięki uprzejmości  Patrycji Długoń magazyn Jazz & Classics miał szczęście opublikować wywiad z mistrzem, który podczas festiwalu w Moers obchodził  swoje 80. urodziny, który teraz chcielibyśmy przypomnieć.

Henri Texier – filar francuskiego jazzu

Mieliśmy okazję pisać na naszych łamach na temat takich jazzowych mistrzów związanych z Francją, jak Daniel Humair, choć to Szwajcar, Jean-Luc Ponty czy Martial Solal. Aż się prosiło, by do tego zestawu nazwisk dodać jeszcze kilku muzyków, a jednym z nich z całą pewnością jest Henri Texier. W ostatnich latach nadarzyło się pare sprzyjających okoliczności, by przypomnieć sobie dorobek twórczy tego wybitnego kontrabasisty. Odwiedził w tym czasie Polskę kilka razy a to w Sopocie, ato we Wrocławiu. NIe ominął także Warszawy, ale dziś ma po prostu urodziny.
 

Ornette Coleman - człowiek ducha

Gdy Ornette Coleman wchodził na scenę klubu Five Spot po raz pierwszy, w listopadzie 1959 roku, nie mógł się chyba spodziewać, że za chwilę zagra jeden z najważniejszych koncertów w historii jazzu. Wszedł powoli na scenę, rozejrzał się wokół siebie – przy barze siedział rząd legend: Leonard Bernstein, Paul Chambers, Miles Davis, John Coltrane i Lionel Hampton. Wszyscy przyszli zwabieni krążącymi plotkami o zupełnie niesłychanym i dziwacznym sposobie, w jaki ten młody saksofonista pojmuje muzykę.

Strony