Wojtek Jachna - Nie wpadam w histerię - wywiadu część pierwsza

Autor: 
Maciej Karłowski
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne
Krzysztof Machowina

Jak się żyje doświadczonemu muzykowi, który w XXI wieku nie ma swojej strony internetowej?

Poproszę o następne pytanie J

Ok., jak sądzisz mogłoby się żyć doświadczonemu muzykowi gdyby taką stronę miał?

Wiesz co, to chyba jest teraz tak, że wszystko strasznie szybko się zmienia. Jest taki dziwny czas. Obecnie jestem na etapie Face Book, na nim zamieszczam różne informację , newsy, zdjęcia, daje sygnały o nowych projektach. Ze stroną internetową mam taki problem, że mam wrażenie, że zanim strony zaczęły już dobrze działać, weszły do obiegu inne, szybsze media - Myspace, potem Face Book, itd, wiec zanim właściwie zdążymy się zastanowić gdzie jesteśmy to jesteśmy już całkiem gdzie indziej. I za moment tez będziemy jeszcze gdzie indziej - gdzie, tego nie wiem.

A jak by się mogło żyć? Dobre pytanie! Nie wiem, pewnie lepiej, ale czy aż na tyle lepiej, żeby ją mieć?

Skoro żyjemy w tak szybkich czasach, to może niekoniecznie też trzeba przywiązywać się do takich rzeczy jak profile społecznościowe. Do czegoś jednak przywiązywać się lubimy. Do czego Ty się przywiązujesz? Co ma dla Ciebie fundamentalne, niezachwiane znaczenie?

Na pewno muzyczne przyjaźnie, które prowadzą do wspólnego grania, przeżywania muzyki, spędzania czasu - albo na koncertach i swoich, i innych muzyków. Te muzyczne przyjaźnie są różne. Jedne wygasają, inne trwają dłużej. W muzyce improwizowanej najwspanialsze jest to, że tak jak w Toto Lotku, jest nieprawdopodobna możliwość kombinacji i różnych możliwości tworzenia składów, a w każdym wiele różnych opcji muzycznych. Tak jak z Davisem - cały czas grał podobnie, ale zmieniał kontekst muzyczny, wiec wciąż sie słucha tego z zainteresowaniem. Ponadto wciąż się otaczał wybornymi muzykami i na tym polegała jego wyjątkowość.

Czuję podobnie, choć oczywiście Davisem nie jestem J. Co jeszcze ma dla mnie znaczenie? Rozwój, wpisany w naturę muzyki improwizowanej. Widać to zwłaszcza dzisiaj, kiedy ta muzyka przeżywa rozkwit. Wybitni, młodzi muzycy, o niesamowitej technice i wiedzy zaczynają tworzyć rzeczy bardzo ciekawe, itd.

Nie tylko młodzi oczywiście. Otwiera się wiele furtek wcześniej całkiem zamkniętych. No i oczywiście rodzina - taki mały prywatny świat, który mnie sprowadza na ziemię....

 

Do rodziny wrócimy, na razie zatrzymajmy się nad tymi muzycznymi przyjaźniami. Co je cementuje Twoim zdaniem, a co sprawia, że drogi się rozchodzą?

No właśnie, też się nad tym zastanawiałem. Myślę, że podobnie jak w relacjach męsko-damskich, na pewnym etapie wystarcza nam COŚ, ale juz za lat 5 przestaje nam to COŚ wystarczać, a my chcemy znaleźć, nauczyć się czegoś innego. Szukamy wiec innych sytuacji, innych muzyków, innych muzycznych przygód. Na pewno wiąże się to samorozwojem - stawianie się w różnych sytuacjach, wobec różnych muzycznych osobowości, powoduje konieczność, jak ja to nazywam, muzycznego ogarniania się  i nie chodzi mi tylko o technikę. Przyznam nie jestem typem muzyka, który gra wysoko i szybko. Nie zagram fusion niczym Randy Brecker. Chodzi raczej o nie doprowadzanie do sytuacji kiedy zaczynamy grać rutynowo. Ta rutyna jest bardzo złą rzeczą w improwizacji.

A co cementuje muzyczne przyjaźnie? Na pewno przyjaźnie pozasceniczne, no i wspólna chęć do rozwoju i samodoskonalenia się. No i oczywiście także takie normalne rzeczy jak serdeczność i ogólnie pojęta normalność. Nie znoszę gości, którzy w związku z tym że świetnie grają uważają, że mogą wszystkich dookoła obrażać i olewać, a niestety takich absztyfikantów jest trochę

 

Odczułeś to na własnej skórze?

O tak! J Myślę, że każdy kto przeszedł przez system edukacji, musiał to odczuć - zawsze są jakieś cudowne i mniej cudowne dzieci

Cudowne dzieci przetaczają się przez świat od dekad i wcale nie tak bardzo wiele z nich, będąc dorosłymi, dysponuje bodajby tylko cieniem dziecięcej cudowności.

Tak, to prawda, dlatego postawiłem na powolną cierpliwą pracę, połączoną z zastanawianiem się  nad sobą i nad muzyką, którą chcę grać. W ogóle myślenie o muzyce jest moim zdaniem kluczowe. Zwłaszcza dziś, bo przecież świetnie grających trębaczy jest tylu, nawet w Polsce, że już dawno przestałem dołować się tym, że nie mam takiej czy innej techniki wykonawczej. Owszem staram się ją systematycznie ulepszać. ale nie wpadam w histerię z powodu braków, raczej skupiam się nad budową swojego brzmienia, w towarzystwie ludzi, którym to odpowiada, i którzy chcą wspólnie to brzmienie budować.

 

Hołdujesz zatem bardzo rzadkiej wśród muzyków idei, że muzyka bierze się z głowy nie z palców czy rąk. Jak ci się kroczy taką drogą?

 

To znaczy nie do końca takiej idei hołduje. Tak jak wspomniałem staram się systematycznie podnosić swoje umiejętności tyle, że ich podnoszenie przestało być celem samym w sobie. Trąbka jest na tyle wymagającym instrumentem, że nie mogę zupełnie nie ćwiczyć zwykłych "trąbkowych" rzeczy. Nawet chcąc grać najbardziej zwariowane rzeczy wymagana jest pewne technika. Przykładem Peter Evans, który ma technikę wyborną, po klasycznym konserwatorium, ale w improwizacji używa jej inaczej niż np. Arturo Sandoval, czy Alen Vizutti. Tak więc oczywiście, że ćwiczę, ale to nie jest to 100%  to, co robię z muzyką. Oczywiście droga jest kręta i żmudna. Większość muzyków jednak uważa że jestem, cytuję: "...nienormalny i za krótko byłem w wojsku...". Z czasem można się do tego przyzwyczaić. Poza tym wystarczy poczytać historię jazzu, żeby zorientować się, że tak było zawsze. Zawsze inna muzyka, wywoływała niechęć środowiska, chyba…

 

Nawet na pewno tak bywało, ale chyba muzyki, której grasz, nie grasz dla kolegów po fachu?

Gram dla wszystkich którzy chcą słuchać.

I jak widać nawiązujesz przyjaźnie trwałe. Tak jest chyba muzyczna przyjźć z Jackiem Buhlem?

Tak, ten projekt trwa juz bardzo długo, i nie zanosi się, że wygaśnie mimo, że nagraliśmy aż cztery płyty. Na pewno będą kolejne jego odsłony. Ten duet ma pewien plus, możemy się bardzo łatwo umówić we dwójkę i pograć. To z kolei powoduje, że dużo ze sobą gramy i dużo tworzymy mimo, że ten skład ma spore ograniczenia, zwłaszcza harmoniczne. Cały czas jednak coś nowego wymyślamy, choć wciąż miewam wrażenie, że już nic nowego nie da się w tej formule wymyślić.

I to jest dobra wiadomość. Jak sądzisz jest szansa, że taką próbę czasu przetrwa niedawno nawiązana znajomość z Ksawerym Wójcińskim?

To pokaże czas. Przede wszystkim Ksawery to fantastyczny człowiek, i to jest coś , co przykuwa uwagę od razu, od początku znajomości. Jego osobowość ogromnie wpływa na jego grę, na jego brzmienie. Wiem to truizm, ale musiałem to powiedzieć. Koncert i sesja z Ksawerym to dla mnie rodzaj kolejnej poprzeczki muzycznej. Ksawery to rodzaj partnera improwizującego, z którym granie to prawdziwa przyjemność. Cała sesja była takim strzałem. Właściwie większość utworów powstała w trakcie grania, na bieżąco, a to możliwe jest tylko z partnerem o bardzo dużej wrażliwości i umiejętności słuchania. Ksawery ma bardzo duże ucho. J

Mam nadzieje że pogramy trochę koncertów i będzie okazja do pogłębienia tej współpracy. Sam jestem ciekaw, w jakim kierunku to się rozwinie. Póki co czeka na nas koncert w Pardon To Tu w październiku, koncert promocyjny płyty „Night Talks”, a potem zobaczymy co dalej.

 

Opowiedz proszę jak doszło do Waszego spotkania?

 

Ojcem tego spotkanie jest Piotr Wojdat, który rok temu, w klubie Chmury, organizował koncert portugalskiej trębaczki Susany Silvy. Jako support wymyślił sobie właśnie koncert Ksawerego ze mną. Było to o tyle dziwne, że przecież nigdy wcześniej ze sobą nie graliśmy. Jednak zgodziliśmy się razem zagrać. Spotkaliśmy się na próbie w Warszawie, pograliśmy chwilę, no może pół godziny i daliśmy spokój i potem przez dwie godziny tylko gadaliśmy. Od razu dało sięwyczuć, że pójdzie dobrze. Przygotowaliśmy zaledwie dwa szkice do improwizacji. Reszta poszła na żywioł.

To był krótki, tresciwy koncert. Miałem poczucie, że jak na takie ad hoc spotkanie na scenie, to poszło wyjątkowo dobrze, i że warto pociągnąć temat dalej.

Na tyle żywiołowo, że postawiliście ostudzić zapał wchodząc do nagraniowego studio?

Udało mi się zorganizować tzw. nocną sesję w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy z Jędrzejem Podolakiem, studentem reżyserii dźwięku. Te nocne sesje mają swój urok - w związku z tym ze są nocne, jak dochodzi do nagrania wszyscy są juz tak zmęczeni. To się w moim odczuciu specyficznie przekłada na muzykę. 1 grudnia, noc, nocne rozmowy. Ta płyta nie jest letnia, ona według mnie jesienny posmak, i pewnie dopiero kiedy przyjdą jesienne wieczory zostanie odkryta przez wiele zagubionych dusz J

Z tego co słyszałem od jej nabywców, wcale nie potrzeba czekać do jesieni aż żeby ta muzyka przemówiła w pełni.

Hmm, to dziwne, ale to dobrze, tzn., że każdy jednak czuje inaczej.

Pozwól teraz, że wrócimy do tematu trochę porzuconego w naszej rozmowie. Wspominałeś o muzycznych przyjaźniach i o rodzinie, jako sprawach szczególnej wagi. Napisałeś też, że rodzina to taki prywatny świat który sprowadza Cię na ziemię. Co to znaczy?

To znaczy, że rodzina jest tym elementem, który nie daje mi za bardzo "odlecieć", co bardzo sobie cenię, zwłaszcza gdy czasem patrzę na niektórych kolegów, którzy po nagraniu jednej płyty czują się jak John Coltrane w 1961....Wiesz, gdy budzi cię 8-latek po koncercie i mówi że chce zjeść serek i bułkę i musisz spalić trampki do sklepu, to szybko wracasz do rzeczywistości. Czasem może to wydawać się smutne, ale czasem też bardzo dobre. Trzeba trzymać poziom. :-). To daje też pewien fundament, taką pewność, że nawet jak cos nie wyjdzie, to masz co robić dalej. Oczywiście muzycy maja ten problem, ze muzyka jest dla nich najważniejsza, ale taki balans jest korzystny - oczywiście jeśli ma się wyrozumiałą partnerkę.

 

John McLauglin powiedział, że muzyka wcale nie jest najważniejszą rzeczą na świecie. Co ty o tym myślisz?

Myślę że miał rację, ale do tego trzeba właśnie dojrzeć, a niewątpliwie John McLaglin jest właśnie takim dojrzałym muzykiem. Jest chyba taki etap w życiu muzyka, że nic oprócz muzyki nie ma znaczenia, ale przecież trzeba spojrzeć na to z dystansem - czy moja płyta cos zmieni? Ile takich płyt powstało? Ile jeszcze powstanie? To zmienia perspektywę.

Oj tego to nigdy nie będziesz wiedział, jak Twoja muzyka zmieni życie innych ludzi.

No nie. Choć nie sądzę żeby miało to diametralny wpływ na życie kogoś. To też kwestia czasów w których żyjemy, czym innym jest muzyka dziś niż kiedyś.

Co masz teraz na myśli?

Myślę że wraz z dostępnością muzyki spadło jej znaczenie. Nie ma ona już takiej siły jak kiedyś. Nie chcę tego jakoś deprecjonować, ale jak dorastałem w czasach 90,. dla wszystkich chodzenie na koncerty było jak święto, jak wydarzenie życia, dziś jest, nie wiem już czym. Wydarzeniem na Face booku, festiwalem, i to najlepiej dużym. A potem jest tak, że klikają „wezmę udział” ale nie przychodzą.

Ale przecież za tą obfitością w jakiś sposób przecież tęskniliśmy. Mówisz o tej ciemnej stronie cywilizacyjnego postępu. Jasną jest także to, że przy pomocy tego samego narzędzia, które czyli z muzyki ledwie wydarzenie na Face Booku, ludzie mogą się dowiedzieć o takiej muzyce, której mogliby nigdy nie spotkać w starszych czasach

To prawda, to są plusy dodatnie, a ja mówię o ujemnych.. J

W rzeczy samej jest tak jak mówisz, są dwie strony medalu, przytoczę taka sytuację, jakiś czas temu mój znajomy, pominę jego nazwisko, założył studio nagraniowe, i tak siedząc sobie mówił: kurde, jak zajebiście, wszystko dziś jest takie tanie, mikrofony, komputery, można sobie skompletować studio i mieć w dupie te drogie studia nagraniowe. A ja mu na to mówię: No tak, ale w związku z tym każdy może się tego nauczyć , to kupić i się nagrać samemu, wiec ty będziesz co najwyżej sam siebie nagrywać, bo inni też się nagrają sami, wychodząc dokładnie z takiego samego założenia, z jakiego ty wyszedłeś, korzystając z tych samych udogodnień i możliwości.

Generalnie dużo się nie pomyliłem, dziś większość muzyków nagrywa się metoda „zrób to sam”, więc ta dostępność stała się zmorą . Podobnie zresztą jak zbyt duża ilość muzyki wokół nas.

 

To jednak trochę inna sprawa dostępność do technologii przy produkcji muzyki, a dostępność do niej samej. A może to nie dostępność stała się zmorą, tylko my nie wykształciliśmy narzędzi, które pozwalałaby umieć rozróżniać muzykę, która ma znaczenie od tej nieznaczącej?

Chyba masz rację, problemem jest rozróżnianie, orientowanie się w tym zalewie produkcji. Powiedzmy Ty, czy Ja wiemy jak odszukać interesujące nas rzeczy, ale przeciętny konsument, reaguję chyba raczej zagubieniem i odwracaniem się od szukania muzyki, bo się w tym zwyczajnie gubi. Media, popkultura przejmują wtedy rolę narzędzi mówiących ludziom co jest fajne , a co nie....i zaczyna się kółko....Reklama odgrywa tu znaczącą rolę. Nie trzeba chyba mówić, że w tym wyścigu jazzmani raczej nie są w czołówce, więc pewnie mówiąc przesyt, mam na myśli ten problematyczny zalew wszystkiego powodujący reakcję odwrotu od słuchania czy w ogóle od uczestniczenia w kulturze.

Jak sądzisz dlaczego jazzmani nie są w tym wyścigu w czołówce?

Dlatego, że jazz jest muzyką, w moim odczuciu, przemawiającą przez dźwięki, nie przez promocyjną kreację, tak jak rock czy pop. Choć widzę, że powoli niektóre z tych rzeczy przejmują także jazzmani. Pewnie widzą, że to jedyna droga, aby zaistnieć w przestrzeni medialnej, a nie istniejąc w niej, nie gra sie koncertów, znika się. Wiesz długo hołdowałem powiedzeniu zaczerpniętemu z filozofii ZEN, który kiedys ładnie zacytował Tomasz Gwinciński w książce „HISTORIA YASSU - "Nie jest fajny ten, kto mówi, że jest fajny - fajny jest ten, kto nic nie mówi."

Obawiam się jednak że gdybym nic nie mówił, mogłoby być kiepsko ze mną i moją muzyką....Wracamy do pytania o stronę internetową, itd.

Ale niektórzy jazzmani chyba juz są w czołówce......

Jesteś pewny, że to czołówka? No może nie....zostawmy to lepiej. J

cdn