Szymon Wójciński - Staram się puszczać wodze fantazji

Autor: 
Maciej Karłowski
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Kim jest Szymon Wójciński? Bratem Ksawerego i Maurycego? Bez wątpienia tak. Pianistą? Jak najbardziej! Jazzmanem? Lepiej okreslić go mianem muzyka. Co wiemy o Szymonie, oprócz tego, że wraz z płytą "Delusions" nagraną w braterskim uścisku bodaj po raz pierwszy prezentuje się nam w tak okazałej formie? Mam nadzieję, że teraz będziemy wiedzieć więcej.

Oto cześć Twojego ostatniego wpisu na twoim profilu facebookowym "Świadomy znaczenia mych słów i odpowiedzialności przed prawem przyrzekam uroczyście, że będę mówił szczerą prawdę, niczego nie ukrywając z tego, co mi jest wiadome." - to dobra deklaracja na początek wywiadu.

Nie jestem co do tego przekonany:) Jest to formułka przyrzeczenia składanego przez świadka przed sądem. Świadek ma obowiązek mówić prawdę...

Powiadają, że prawda wyzwala, mają rację?

Zgadza się... I trudno temu zaprzeczyć.

Prawda w muzyce także?

Strasznie trudne pytanie. Prawda w muzyce?  Jeżeli ktoś komponuje czy wykonuje muzykę, robiąc to w zgodzie z sobą, to tak bym zdefiniował prawdę w muzyce.

Potrafisz tę prawdę rozpoznać kiedy słuchasz muzyki?

Czasem wydaje mi się, że tak. Czasem jest to na poziomie niuansów, czasem jest tak "od pierwszego usłyszenia".

Kto sprawił na Tobie wrażenie prawdziwego od pierwszego usłyszenia?

Lista pewnie mogłaby być długa... Jeżeli mówimy o wykonawcach, których słyszałem z nagrań, to z pewnością Światosław Richter, Emil Gilels, Bill Evans, J. Coltrane, Miles Davis, Ch. Mingus, T. Monk, W. Shorter, J. Pastorius i wielu, wielu innych. Na żywo, wielkie wrażenie zrobiły na mnie recitale pianistów - klasyków, grane często na kiepskich instrumentach, jak widać dobrym muzykom kiepskie instrumenty aż tak bardzo nie przeszkadzają. Silne wrażenia koncertowe to również K. Garrett sprzed ładnych paru lat. Tak jak wspomniałem, lista mogłaby być długa...Nazwiska, które teraz wymieniłem, absolutnie jej nie wyczerpują.

Nie powinny też zaskakiwać...

Nie zaskakują, choć rozmawiając z wieloma pianistami rzadko słyszałem nazwiska Richtera czy Gilelesa, rzadko pojawiają się wykonawcy z kręgu muzyki klasycznej. Klasyka jest dla Ciebie?

Czy jest ważna? Odegrała wiodącą rolę w kształtowaniu mnie jako młodego człowieka i muzyka. I cały czas ją odgrywa. Staram się regularnie ćwiczyć rozmaite utwory z klasycznego repertuaru. Nie tylko dla czysto "mechanicznych" walorów, lecz również dla przyjemności, jaką sprawia obcowanie z doskonałością...

 

Doskonałością? Co przez to rozumiesz?

Mówiąc o doskonałości, miałem na myśli moje odczucia dotyczące kompozycji autorów, których wcześniej wymieniłem. Ich doskonałość w moim odczuciu dotyczy konstrukcji -formy oraz materiału dźwiękowego - linii melodycznych i harmonii. Poniekąd jest to rodzinne "obciążenie. Ojciec - klasycznie wykształcony pianista, kompozytor, dyrygent. Mama - amatorka, lecz utalentowana wokalistka i gitarzystka. W domu było słychać dużo dobrej muzyki. Zarówno Bacha, Mozarta, Beethovena, Chopina, jak i Bułata Okudżawy, Ewy Demarczyk, Czesława Niemena czy repertuaru z listy przebojów radiowej Trójki w latach 80-tych... Czas jazzu nadszedł trochę później...

W cudzysłowie, ale jednak mówisz rodzinne obciążenie. Czy rodzice chcieli dla Ciebie konkretnej muzycznej przyszłości?

Nie. Nie odczuwałem jakiejś presji, że muszę być muzykiem. Inna rzecz, że jeżeli już się podejmie decyzję o uczęszczaniu do szkoły muzycznej, w pewnym momencie trzeba się zdecydować na większe zaangażowanie, jeżeli chce się dalej kształcić w tym kierunku. Ze mną nie było pod tym względem najlepiej, nie byłem wzorowym uczniem. Nie zawsze przygotowywałem się porządnie do lekcji, może repertuar nie do końca mnie zadowalał, takie tam deficyty motywacyjne... Z kształceniem słuchu nie miałem za to żadnych problemów. Miałem kryzys jako nastolatek i zrezygnowałem na początku szkoły muzycznej II stopnia.

Uznałeś, że wszystko to jest diabła warte i rzuciłeś precz?

Otóż nie! Zarzucenie szkolnego kształcenia muzycznego w wieku nastoletnim nie oznaczało mojego rozbratu z muzyką. Wprost przeciwnie, nie tylko, że coś tam na fortepianie grałem, to jeszcze oswoiłem całkiem nieźle gitarę, na której ze słuchu grałem różne rzeczy. Pamiętam, że z zapałem odtwarzałem sobie utwory ze słynnego "Unplugged" Erica Claptona. Dużo z braćmi słuchaliśmy np. Queen, The Beatles. Coś tam usiłowaliśmy grać, z tego, co słyszeliśmy. W domu były też winyle z jazzem. Ale mniej nas pociągały wówczas standardy w wykonaniu Elli Fitzgerald, czy Franka Sinatry. Do gustu przypadły nam szczególnie takie płyty jak String Connection live w Teatrze Buffo (chyba z 1984 r.?) oraz Kujaviak Goes Funky - Zbigniew Namysłowski Quintet.

Pamiętam, że zaaranżowaliśmy z ojcem wspólnie piosenkę White Christmas. Tata napisał partię kwartetu smyczkowego, a ja grałem swoją autonomiczną partię na fortepianie. Ostatnia  Brzmiało to dość fajnie, jazzowo. O II-V-I jeszcze wtedy nie słyszałem...

Teraz już tę klasyczną sekwencję zamienników znasz dobrze, a jednak w Twojej grze wydaje się ona nie być ostentacyjnie obecna

Tą klasyczną sekwencję poznałem od strony naukowej dopiero na warsztatach w Chodzieży:) Przełomem w moim życiu był zakup od mojego licealnego kolegi gitary basowej. Wraz z basem otrzymałem od niego nagrania Marcusa Millera oraz Charliego Mingusa. M. Miller nęcił finezją i ekspresją kciukowego brzmienia. Natomiast muzyka Mingusa wówczas wydawała mi się dość odlotowa, słyszałem w niej trochę klasyczno-jazzowych kombinacji. W pewnym momencie Ksawery zmienił w szkole wiolonczelę na kontrabas i naturalną koleją losu, przejął również basówkę. Wtedy zaczęliśmy kombinować razem... Pojechaliśmy na jakiś jazzowy konkurs dla szkół muzycznych w Elblągu. Zdaje się, że furory tam nie zrobiliśmy, ale poznaliśmy wielu kolegów, dziś znakomitych muzyków. Pamiętam, że wtedy pierwszy raz usłyszałem o II-V-I, które usiłował mi objaśnić w czasie jam session Dominik Bukowski...

Tak, to prawda, że "klasyczne, jazzowe formuły" nie są ostentacyjnie przeze mnie eksploatowane, ale nie oznacza to bynajmniej, że nie mam z nimi nic wspólnego. Na pewno stanowią ważny element mojej świadomości muzycznej.

Ale pierwsze moje doświadczenia jazzowe z pewnością nie były "skażone" jazzową "wiedzą tajemną", grałem tak, jak czułem, jak słyszałem. Swoją drogą mam wrażenie, że teraz inaczej słucham bopowych mistrzów, niż np. 10-15 lat temu, może bardziej świadomie, przez filtr pewnego doświadczenia?

Ja akurat bardzo cenię sobie ten brak ostentacji, można zadławić się muzykami, którzy w tej ostentacji tracą głowę. NO właśnie jak to doświadczenie zmieniło Twój ogląd gry starych mistrzów?

Że ich mistrzostwo jest po prostu niepodrabialne! Ich siła polega na ich oryginalności, talencie i ogromnej pracy. Trzeba czerpać z tego bogactwa, ale nie na zasadzie niewolniczego kopiowania. To jest cholernie trudne, bo niemal każdy młody muzyk "chce grać jak X, brzmieć jak Y". U siebie też dostrzegałem i nadal dostrzegam przejawy tego "niewolnictwa". Ale trzeba je zwalczać:)

Jak je zwalczasz?

Staram się puszczać wodze fantazji:) Jeśli tylko mam możliwość czasową, kiedy się rozgrzeję różnymi pozycjami obowiązkowymi, przychodzi czas na program dowolny. Zaczynam wtedy grać, improwizować, bez żadnych założeń wstępnych, tak, aby wszystko działo się w czasie rzeczywistym. Czasem robie sobie sesje nagraniowo-ćwiczebne. Świadomość rejestrowania tego, co gram wyzwala dodatkowe emocje. Jeżeli nagrywam sobie jakieś kilkuminutowe formy, to po zagraniu pierwszej, kolejne staram się czymś wyróżnić, cały czas czegoś szukać. Mówię oczywiście o graniu solowym. Potem słuchając tych nagrań, staram się analizować to co się w tej muzyce działo, eliminować jej słabości na przyszłość.Kiedy natomiast. gram w zespole, staram się przede wszystkim słuchać partnerów i im towarzyszyć, prowadzić rozmowę. Kieruję się przede wszystkim brzmieniem.

Zaczynam wtedy grać, improwizować, bez żadnych założeń wstępnych, tak, aby wszystko działo się w czasie rzeczywistym. - czy tak było podczas nagrania Delusions?

Można tak powiedzieć. Wcześniej spotykaliśmy się w braterskim gronie-z Maurycym i Ksawerym. Graliśmy sobie sesje improwizowane, poza tym graliśmy rozmaitą muzykę razem w różnych składach. Spotkanie z Krzysztofem wtedy w grudniu 2014 r. miało mieć charakter wstępny, informacyjny dla nas wszystkich. Rejestrowaliśmy ten materiał po to, aby się z nim potem zapoznać i posłuchać, jaka muzyka nam wyszła, jak razem brzmimy, w jakim kierunku to podąża.

I jakie Tobie dało to spotkanie informacje?

Wszystkim nam spodobała się idea wspólnego grania, dla mnie zaskoczeniem był fakt, że unerwienie, puls (mówię to w bardzo dużym uproszczeniu!) jakie w naszej muzyce wnosi Krzysztof musiało mi się jakoś udzielić. Czasem miałem wrażenie, że gdzieś tam wyłaziła ze mnie perkusyjna część mojej osobowości:)

Masz ukryte pragnienia bycia drummerem?

Może nie aż tak, po prostu strona rytmiczna pozostaje u mnie w cieniu melodycznej i harmonicznej, ale od czasu do czasu się ujawnia i wtedy może zaskoczyć:)

Co zaskoczyło Cię podczas nagrywania Delusions najbardziej?

Stopień porozumienia między nami. Chwilami powiedziałbym wręcz, że organiczny. Wbrew pozorom, wcale nie było to takie oczywiste.

 

Nie sądzisz, że w muzyce najbardziej kuszące są sprawy jak najdalsze od oczywistości?

Mogę się z tym zgodzić. Mogę jeszcze dopowiedzieć, że na Delusions słyszymy Maurycego, który świetnie odnajduje się w muzyce improwizowanej, a uchodził za "hardbopowego stylistę"

Hardbopowego stylistę? W jakich gronach za takiego uchodzi?

Czytałem kiedyś recenzję w Jazz Forum. Dotyczyło to jakiegoś konkursu, w którym dostał wyróżnienie. Autor (nazwiska w tej chwili nie pamiętam) chwalił go za 'stylowe odniesienia do hardbopu". J

 

A no to wszystko jasne. Wróćmy proszę skoro już jesteśmy przy historycznych gatunkach jazzu, których się uczy w szkołach. Co się działo po tym jak porzuciłeś szkołę II stopnia?

Skończyłem liceum, poszedłem na studia. Prawnicze. W trakcie tych moich studiów założyliśmy zespół wraz z (początkowo) Sylwią Białas, Ksawerym, Wackiem Zimplem, Pawłem Postaremczakiem, Robertem Raszem. Udało nam się zaistnieć na różnych konkursach, festiwalach. Graliśmy całkiem sporo koncertów w pewnym okresie czasu. Później do tego składu parę razy dołączył Maurycy. Była to dla nas wszystkich ważna szkoła. Dużo Coltrane'nowskiej ekspresji, energii, improwizacyjnego żywiołu... Później nasze drogi się porozchodziły. Wacław stał się w tej chwili dojrzałym, rozpoznawalnym w świecie muzykiem, idącym konsekwentnie swoją drogą, odkąd pamiętam, zawsze wysoko stawiał sobie poprzeczkę. Paweł Postaremczak jest muzykiem niesamowicie utalentowanym, mam nadzieję, że jego talent znajdzie właściwe miejsce na scenie muzycznej, it's up to You, Paweł! Robert udziela się w bardzo wielu klimatach muzycznych, jest bardzo cenionym partnerem. Ksawery - tu właściwie komentarz jest zbędny. Po ukończeniu studiów, przez jakiś czas godziłem pracę w Poznaniu i naukę na "Bednarskiej" - na Wydziale Jazzu. Później przeniosłem się do Warszawy i na Bednarskiej spędziłem prawie 2 lata. Główną ideą aby się tam znaleźć, była możliwość wspólnego grania z ludźmi, którzy mieli podobne zainteresowania muzyczne. Wielu fajnych muzyków się tam przewinęło, choćby Marek Kądziela, Tomasz Dąbrowski, Jarek Bothur. Jednak w tym wymarzonym świecie nie wszystko szło jak z płatka. Nie umiałem się przystosować do rzeczywistości panującej w Warszawie, zwyczajne, prozaiczne sprawy bytowe, ale równie istotne były kwestie muzyki, którą chciałem grać. Były chwile zwątpienia, czy to wszystko ma jakiś sens. W pewnym momencie najzwyczajniej w świecie nie przyjechałem na egzaminy i zostałem skreślony z listy uczniów. Powrót do Poznania i znów trochę inna rzeczywistość. Być może nie nadaję się do systemowej edukacji muzycznej?

Co najbardziej ci w niej przeszkadza?

Nie wiem. Być może ja sam sobie najbardziej przeszkadzam. Paru ludziom nie zaszkodziła:) Może trochę brak wyczulenia na fakt, iż każdy człowiek jest inny i że do każdego trzeba znaleźć odpowiednią drogę. A tu trzeba program realizować itd. Do tego dochodzą jeszcze inne międzyludzkie kwestie, których nie chciałbym rozstrząsać.

Dobrze, zostawmy kwestie międzyludzkie. Czasami przychodzi mi do głowy, szczególnie przy tym uporczywym realizowaniu programu, skądinąd zrozumiałej w jakimś stopniu, że szkoła muzyczna stara się przygotować ludzi do pracy na rynku, którego u nas , w Polsce nie ma i stąd są potem frustracje i kryzysy

Myślę, że to mniej lub bardziej "uporczywe" realizowanie programu w jakimś stopniu zależy od kadry, od dyrektora, od wizytatora itd. A młodzi ludzie dzisiaj są coraz bardziej świadomi tego, co ich czeka. Organizują się, promują, zdobywają tą wiedzę sami. Skądinąd, koledzy, którzy wyjechali do krajów skandynawskich, wspominali, że tam uczono ich, jak należy się promować.

Nie chcę jednak przesadnie wytykać wad naszemu systemowi szkolnictwa muzycznego. Przy wielu jego wadach jest wartością niewymierną, ponieważ oprócz zawodowych muzyków kształci również ludzi amatorsko zajmujących się muzyką, wciąga w ten świat rodziny, znajomych itd. Słowem, tworzy również odbiorców kultury wysokiej, a to jest na wagę złota.

NO właśnie co Twoim zdaniem czeka muzyka, kiedy opuści mury szkolne, z dyplomem w rękach, który zaświadcza, że ma kwalifikacje aby uprawiać zawód muzyka?

Co do młodego muzyka kończącego szkołę, to wydaje się, że musi on mieć już jakiś pomysł na siebie, niezależnie od tego, czy chce się realizować jako wykonawca, kompozytor czy nauczyciel. W takim wypadku ten dyplom jest tylko formalnością.

A na pewno jesteś przekonany, że w szkołach muzycznych tworzą się odbiorcy kultury wysokiej?

Uczęszczałem od 6 roku życia przez 7 lat równolegle do szkoły powszechnej i do szkoły muzycznej. Zapewniam Cię, że szkoła muzyczna przyciąga trochę innych ludzi... Jeśli nawet nie zostaną wirtuozami, to nasiąkną czymś pozytywnym. Inaczej nie będzie dla kogo grać w przyszłości...

Dodam, iż w mniejszych miejscowościach, szkoła muzyczna najczęściej jest takim lokalnym centrum życia kulturalnego.

Oczywiście, że przyciąga ludzi trochę innych. Pytanie jest kogo wypuszcza i czy aby na pewno abiturienci to są Ci ludzi, którzy otwierają się na muzykę i są jej pełną gębą odbiorcami. Muzyków wszak nie tak bardzo za często widuje się na koncertach innych, nawet wybitnych postaci, które wydawać by się mogło posłuchać na żywo trzeba.

Produkt finalny... to już zupełnie inne zagadnienie... Niewątpliwie, w tym co powiedziałeś jest dużo racji i sam obserwuję podobne przypadki. Niestety, ale coś w tym jest, że nie zawsze muzycy przychodzą posłuchać na koncercie kogoś, kto powinien być obowiązkową pozycją.

Bywają i tacy i wcale nie jest ich mało, którzy najchętniej bywają tylko na swoich koncertach

Przyczyny mogą być różne. Ale zdarzają się wyjątki. Pamiętam np. koncert Kenny'ego Garretta. Na widowni w większości muzycy. Atmosfera niesamowita, cała sala śpiewa z nami...

No tu się nie dziwię> Liczba muzyków, którzy pragnęli grać jak Kenny Garrett, albo pobyć w taki zespole jaki Garrett skompletował była prawdziwie imponująca. Potem mogliśmy słuchać ich jak w swojej muzyce naśladowali i Garreta i jego band. Sądzę więc, że efekt finalny to coś, co jest najważniejsze w procesie edukacyjnym, szczególnie muzycznym.

Dostrzegam w tej wypowiedzi na temat Kenny’ego Garretta pewną dozę ironii:) Co do produktu finalnego, oczywiście, że jest on najważniejszy. Pytanie tylko, czy proces edukacyjny kończy się wraz z uzyskaniem stosownego dyplomu, czy trwa i nigdy nie powinien się kończyć? Uczymy się skal, akordów, schematów, figur, „patentów”, substytutów, septymolek, jak unikać avoid notes itd. To wszystko jest z pewnością przydatne, ale nikogo automatycznie muzykiem nie czyni.

 

W tym świetle nie ma co się dziwić, że w finalnym efekcie, po szkołach w znakomitej większości dostajemy nie tyle ludzi gotowych do odbioru sztuki wysokiej co grupę niewolników mających dobrze wczytane święte zasady, tak naprawdę zamykające ich  w getcie domniemanego zawodowstwa.

Brzmi to dość ponuro...

Owszem, ale jak pisał bard nazwij rzeczy po imieniu a zmienią się w oka mgnieniu J

Problem główny polega na tym, że oprócz dobrego rzemiosła, trzeba pokazać młodemu człowiekowi, że wszystkie te reguły są ważne, trzeba je przyswoić, lecz później zapomnieć i iść własną drogą...

Czyli nauczyć najpierw mistrza podziwiać, a potem mieć siłę, żeby go zostawić

I promować chodzenie własną drogą, a nie niewolnicze naśladownictwo. Pamiętam, że ś.p. Jan Jarczyk mówił, że on swoich studentów w Montrealu trzyma 1 rok. " Niech idą do kogoś innego, niech się czegoś innego nauczą. Nikt nie wie wszystkiego".

No to takie zdanie też raczej wielu luminarzom edukacji nie spodobałoby się. J Ty wybrałeś własną drogę. Jak Ci się nią idzie?

Bardzo różnie. Raz prosto, raz krzywo, raz pod górkę, raz z górki. Zawsze jednak to moja własna droga, biorę za nią sam odpowiedzialność.

Dobrze Ci z tym? Czy chciałbyś coś zmienić?

Generalnie jest mi z tym dobrze. Zawsze można coś zmienić, poprawić, ulepszać. Teraz myślę o trasie koncertowej z chłopakami, jednocześnie z tyłu głowy mam swoje solowe zamiary.

No właśnie, najpierw powiedz proszę jak rysują plany na trasę z muzyką z Delusions, a potem opowiedz o solowych zamiarach.

Co do planów koncertowych kwartetu, to poinformujemy o nich wkrótce, po uzyskaniu ostatecznych potwierdzeń terminów. Mogę również zdradzić, że w sierpniu 2016 r. ujrzy światło dzienne projekt łączący muzykę kwartetu z tekstami przemówień sądowych z lat 20-30 XX wieku, wygłoszonych w ZSRR. Zapewniam, że będzie wstrząsająco...

Kto będzie czytał przemówienia?

Rzecz w tym, że nie będą one ot tak po prostu czytane! Więcej szczegółów będę mógł podać jak dopniemy wszystko na ostatni guzik.

Brzmi intrygująco. Skąd zainteresowanie akurat tymi przemówieniami?

Kiedyś nabyłem zbiór takich przemówień w antykwariacie, bodaj we Wrocławiu. Od czasu do czasu zaglądałem do nich, aby poczuć ducha epoki. Kiedy zaczęliśmy grać w kwartecie, przyszedł mi do głowy dość szalony pomysł, aby zestawić naszą muzykę nie z poezją czy prozą, lecz właśnie z takimi tekstami.

Co do moich solowych zamierzeń, na dniach otrzymam materiał zarejestrowany w styczniu br. w Poznaniu, prawdopodobnie stanie się on bazą płyty, którą chciałbym wydać jesienią tego roku.

Czyli sprawy mają się co najmniej dobrze! To na zakończenie tylko zapytam kiedy dasz się namówić na otwarcie swojej strony internetowej? 

Do tego wcale nie trzeba mnie namawiać :) W dzisiejszym świecie poziom podobnych stron jest tak wyśrubowany, że kilkukrotnie zmieniałem już jej koncepcję. Mam nadzieję, że efekt finalny będzie zadowalający. W końcu mam prawo trochę powybrzydzać, nieprawdaż?

<p>