Poruszyć ciało i duszę - rozmowa z Marcusem Millerem

Autor: 
Redkacja
Autor zdjęcia: 
Michael Sauvage, facebook.com/MarcusMillerOfficialFanPage

Przy pierwszym przesłuchaniu Twojej najnowszej płyty trudno oprzeć się radości, ciepłu jakie bije z tej muzyki. Jednak gdy wejrzy się w nią nieco głębiej, sięgnie do historii, które stoją za tymi piosenkami, trudno nie być poruszonym Twoją szczerością w mówieniu o chorobie Altzheimera, z którą walczył Twój ojciec, śmierci Twoich przyjaciół czy wreszcie historii zmarłego podczas zatrzymania przez policję Erica Garnera. Czy ten uśmiech przez łzy, który towarzyszy tej muzyce był zamierzonym przez Ciebie efektem?

Pracując nad tą muzyką - jednocześnie mierząc się ze wszystkim tym, co w ostatnich latach przynosiło mi życie - zrozumiałem, że po najgłębszym smutku musi przyjść radość. Nie wynika to z logiki wypadków, ale z naturalnej potrzeby i wewnętrznej siły człowieka. Niezwykle opresyjne czasy niewolnictwa - z których wyrosła tak cudownie radosna muzyka. Jak to możliwe? Gospel, funk, dance, gnaua - to niesamowite, że taka muzyka mogła wyrosnąć na tak jałowej ziemi pełnej krwi niewolników. Jestem bardzo dumny z siły ducha moich przodków - i sam czerpię z niej radząc sobie z własnym życiem i własnym cierpieniem gdy odchodzą moi przyjaciele, czy mój tata zmaga się z chorobą Alzheimera. Chcę przez to powiedzieć: muzyka może cię ochronić.

Zostałeś wyróżniony tytułem Artysty dla pokoju UNESCO. Jakie prawa i obowiązki daje Ci to wyróżnienie?

Dla mnie misją UNESCO jest komunikacja. UNESCO nadaje tytuł Artysty dla pokoju osobom, które i tak już robią to, co powinno być zrobione w tej kwestii. Mam na myśli to, że podróżuję po świecie i nawiązuję porozumienie z ludźmi. Często nie mówię w danym języku, tak jak nie mówię po polsku, ale mam naprawdę dobry kontakt z polską publicznością - taką silną nić porozumienia. Jako Artysta dla pokoju przedstawiam UNESCO plan swojej trasy koncertowej, a oni mówią: no dobrze, kiedy będziesz w tej małej miejscowości w Rosji, czy mógłbyś odwiedzić szkołę i zagrać dzieciom? Bo kiedy kogoś już znasz, trudno go potem nienawidzić. Można nienawidzić jakąś grupę ludzi, którzy nie mieszkają w twojej okolicy, ale kiedy już poznasz takiego człowieka osobiście, kiedy jesteś jeszcze młody, to cię zmienia i jako dorosła osoba będziesz mieć już inne spojrzenie na pewne sprawy. To jest bardzo istotne.

W takim razie opowiedz o relacjach, które nawiązałeś podczas pracy nad swoim ostatnim albumem. 

Parz nich zawiązało się w Polsce! W 2011 roku grałem w Gdańsku na Solidarity of Arts. Wystąpiłem tam m.in. razem z Esperanzą Spalding i Herbiem Hancockiem. Tego dnia grała tam też Oumou Sangaré. W pewnym momencie podszedł do mnie jej basista i po chwili rozmowy przedstawił mi gitarzystę z Mali i wokalistkę z Trynidadu , która mieszka w Paryżu i gra na korze. Tam się potem spotkaliśmy, skrzyknęliśmy paru muzyków i urządziliśmy sobie jam. To było bardzo piękne doświadczenie, poczułem się trochę jakbym znalazł nową rodzinę, a pewne wątki z tego jamu znalazły się później na albumie. Zacząłem się nawet uczyć francuskiego, żeby móc się z nimi porozumiewać - ale najważniejsze porozumienie już osiągnęliśmy za pomocą muzyki: po prostu siedząc naprzeciwko siebie i grając.

Innym razem trafiłem na Karaiby, do Trynidadu. Tam spotkałem wreszcie Roberta Greenidgea - perkusjonistę z którym znaliśmy się tylko ze słyszenia. Graliśmy na tych samych płytach ale nigdy się nie spotkaliśmy. Robert i ja graliśmy np. w „Just the two of us” Grovera Washingtona Jra. To był wielki przebój dawno temu. Wspaniale było wreszcie go poznać. On także stał się dla mnie częścią tej muzycznej rodziny. Wtedy, na Karaibach, zagraliśmy koncert, a potem urządziliśmy sobie jam session, który nagraliśmy. To było naprawdę wspaniałe doświadczenie.

Nie ma zbyt wielu muzyków, którzy idą w twoje ślady - basistów, którzy stają się liderami zespołów. Oczywiście jest Esperanza, Avishai Cohen, Derick Hodge, Meshell Ndegeocello, ale wciąż łatwiej wymienić liderów-saksofonistów czy trębaczy. Z drugiej strony, w przemyśle muzycznym jest wielu producentów, dziennikarzy, którzy kiedyś byli basistami. Czy grając na basie zdobywasz jakieś szczególne umiejętności, które później umożliwiają ci zostanie Manfredem Eicherem? Jak to widzisz?

Uważam, że tradycyjnie pojmowana rola basisty polega na zebraniu wszystkich muzyków do kupy. To on nadaje rytm, do którego dostraja się pianista, klarnecista itd. On jest swego rodzaju tłumaczem, który przekłada perkusję na język reszty zespołu. Niektórzy muzycy w zespołach jazzowych grają na scenie z opuszczoną głową. Basiści zawsze patrzą przed siebie, utrzymują kontakt ze wszystkimi muzykami. Producent też w pewnym sensie "patrzy przed siebie" - jest kimś w rodzaju przewodnika, kimś, kto dopilnuje, aby wszystko dobrze zagrało. Tak samo dziennikarz musi dotrzeć do tego, w jaki sposób ta muzyka działa.

Wracając do pierwszego pytania, mam wrażenie, że jestem częścią żywej tradycji sięgającej lat siedemdziesiątych. To tradycja, w której właśnie basista stoi na czele zespołu. Wspaniałe czasy mistrzów takich jak Jaco Pastorius, Stanley Clarke czy Paul Chambers. To wszystko byli basiści, którzy przewodzili swoim zespołom w czasie, gdy ja byłem nastolatkiem i dopiero uczyłem się grać. To był wówczas ważny instrument i wydawało mi się, że właśnie to robi basista - jest liderem zespołu. Dopiero później bas został trochę zepchnięty na dalszy plan. Czuję się wyróżniony, że udało mi się wpisać jeszcze w tamten trend. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, basista-lider rzeczywiście może budzić pewne zdziwienie, ale dla mnie to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

Czy tak samo naturalnie przyszła ci gra na gimbri? 

Wydawało mi się, że przyjdzie mi to łatwo. Grając na gimbri, stoi się w tej samej pozycji co grając na basie, ale technika jest inna. Musiałem trochę pokombinować jak wydobyć z niego dobry dźwięk. Ale i tak była to dla mnie duża frajda.

Chciałem Cię jeszcze zapytać o coś, co pewnie nie jest twoim problemem - w końcu koncertujesz na całym świecie - ale jestem ciekaw czy cię to w ogóle obchodzi, np. jako artystę świętującego międzynarodowy dzień jazzu. Mam na myśli coroczny raport Nielsena, który ogłosił jazz najmniej popularnym gatunkiem muzyki w Stanach. Czy przejmujesz się takim statystycznym spadkiem? Czy może uważasz, że to muzycy gdzieś na dziejowej drodze popełnili błąd, który doprowadził do takiego zaniku popularności?

Cóż, liczby nie są aż takie istotne, ale z drugiej strony - skąd wziął się ten spadek? Muzycy jazzowi prawdopodobnie powiedzieliby, że to wina amerykańskiej publiczności, która jest nie dość wykształcona. Z kolei publiczność w Ameryce powiedziałaby, że jazz stał się zbyt intelektualny, a oni nie chcą prowadzić całych studiów po to, żeby móc się po prostu cieszyć muzyką. Myślę, że obie strony mają po trosze rację. W latach trzydziestych i czterdziestych, kiedy jazz był najbardziej popularną muzyką w Ameryce i, prawdopodobnie, najbardziej popularną muzyką na świecie. Jazz był bardzo czysty - miał w sobie piękny intelektualny ale i cielesny komponent. Rytm był bardzo silny, gęsty, nie trzeba było wszystkiego rozumieć, bo sam rytm wystarczał słuchaczowi. Moja mama uwielbiała tańczyć do jazzu. Ona nie rozumiała z jakich harmonii składa się ta muzyka ani jak jest skonstruowana, ale nie musiała.

Od tamtej pory jazz bardzo oddalił się od takiego kształtu, stał się rzeczywiście bardzo intelektualny. Muzycy zaczęli myśleć nad tym, by harmonia stała się bardziej wyszukana, rozbudowana, zawiła, a kiedy się robi takie rzeczy, łatwo wpaść w intelektualną niszę. A wtedy traci się publiczność i trzeba to mieć na uwadze. Z drugiej strony, publiczność w Ameryce z czasem stała się bardzo płytka pod względem umiejętności skupienia na czymś uwagi. Jest teraz taka zasada przy produkcji programów telewizyjnych, że co 20 sekund musi się wydarzyć coś przykuwającego uwagę, bo inaczej widz zmieni kanał. W takich warunkach bardzo trudno uprawia się sztukę. Mamy więc publiczność, której nie chce się pracować i mamy muzyków, którzy nie biorą publiczności pod uwagę. To jest bardzo złe połączenie. Dla mnie akurat jest ważne, żeby dotrzeć do publiczności, żebyśmy przeżywali tę muzykę razem. Kiedy uda ci się poruszyć ciała, możesz porzucić harmonię, ale ważne jest, aby muzyka miała zdolność jednoczenia ludzi. To jest właśnie najwspanialsza rzecz, jaką jazz ma do zaoferowania.