Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej 2017: Tigran Hamasyan

Autor: 
Kajetan Prochyra

Nie zdarza się codzień by w Waszyngtonie, z rąk Herbiego Hancocka pierwszą nagrodę w najbardziej prestiżowym konkursie dla młodych muzyków jazzowych - Thelonious Monk Competition - odbierał 19-letni Ormianin. Jeszcze rzadziej zdarza się by po takim sukcesie, zamiast dać się porwać jazzowemu nurtowi, młody muzyk znalazł odwagę by iść własną drogą. Dziś, 11 lat później, Tigran Hamasyan ma w swym dorobku 8 autorskich płyt - w tym nagrany dla ECM album „Luys i Loso” - na chór i fortepian,  oraz wydaną przez Nonesuch solową płytę „An Ancient Observer”.

Zacznijmy naszą rozmowę od Lenina. Jaka jest jego rola w „Leninagone” - utworze, który za każdym razem gdy słucham Twojej nowej płyty przykuwa moją uwagę.

Leninagone to opowieść o początku i końcu Związku Radzieckiego. Melodia, która otwiera ten utwór to ormiańska muzyka z czasów przed rewolucją październikową, z mojego rodzinnego miasta Gyumri - wtedy jeszcze nazywało się Alexandropol. Pomysły rytmiczne wziąłem z muzyki marszowej armii sowieckiej. Ta część reprezentuje Armenię lat 50tych i 60tych. Moje miasto przemianowano wtedy na Leninakan. Większość utworu to opowieść o czasie po upadku ZSRR. „Leninagone” ma oznaczać, czas po komunizmie, to opowieść o nowym życiu mojego rodzinnego miasta. W 1988 roku w Armenii miało miejsce wielkie trzęsienie ziemi, które pochłonęło życie 25 tysięcy ludzi. W tym samym roku wybuchła wojna z Azerbejdżanem. Rok później upadł Związek Radziecki - o tym jest ten utwór.

A kim jest Markos, czy może Markosowie z utworu otwierającego płytę?

„Markos and Markos” opiera się na wierszu współczesnego ormiańskiego poety, podpisującego swoje utwory Zahrad. To opowieść o dwóch osobach: pierwszy wierzy w magię a drugi nie. W mojej interpretacji to dialog osoby wierzącej z ateistą. To krótki, ale bardzo głęboki wiersz.

Mało tu u Pana jazzu, Panie „zwycięzco konkursu im. Monka”.

Tradycyjna muzyka ormiańska była bardzo istotną częścią mojego życia, na długo przed tym, gdy wystartowałem w konkursie im. Theloniousa Monka. Ten świat był dla mnie dużo bliższy i ciekawszy niż historia jazzu. Ormiańska muzyka ludowa stała się dla mnie niewyczerpalnym źródłem inspiracji.

Jak wszedłeś w ten świat? Ludzie z naszych roczników na ogół od muzyki ludowej woleli słuchać Eminema.

Muzyka ludowa jest ogromną częścią ormiańskiej kultury. Scena folkowa jest tu bardzo rozwinięta. Gdy przejeżdżasz do Armenii praktycznie od razu się na nią natykasz.
Tym, co wprowadziło mnie w świat muzyki ormiańskiej była muzyka… Jana Garbarka. Przyjaciel mojego wujka był jego wielkim fanem. Pewnego dnia, miałem wtedy może 13 lat, nastawił nam jego płytę. To był album „Dis” - duet Jana Garbarka i Ralpha Townera z 1976 roku. Byłem kompletnie oczarowany jego brzmieniem i muzycznym słownikiem, który wykorzystywał do improwizacji. Ta muzyka sprawiła, że uświadomiłem sobie, że jest coś takiego jak muzyka ludowa. Że na wyciągnięcie ręki mam swoją muzykę ludową. W Armenii mieliśmy kanał radiowy, który prezentował ormiańską muzykę ludową i religijną cały dzień. Wciąż mam kasety, które wtedy nagrywał z radia. Słuchałem też „Luminescence” z muzyką Keitha Jarreta napisaną na orkiestrę smyczkową, na której solistą jest Garbarek.

A kiedy sam zacząłeś grać?

Od małego lubiłem grać na instrumentach. Kiedy miałem 11 lat zacząłem grać jazz. Bebop dał mi narzędzie - strukturę. Potem zacząłem szukać innych narzędzi, sposobów by improwizować w ramach danej formy. Po bebopie przyszedł czas na post-bop: muzykę Chicka Corei, Keitha Jarretta, Herbiego Hancocka - słuchałem i przepisywałem a potem grałem ich muzykę. Potem znalazłem własną treść.

Minęło 6 lat od Twojej poprzedniej płyty solowej - „A Fable”. Jak sam patrzysz dziś na siebie, uwiecznionego na tamtym krążku?

Wciąż wydaje mi się, że jestem młody, ale wtedy byłem jeszcze młodszy. Była inna energia, inne podejście. Na tym albumie więcej jest przestrzeni. Obie płyty łączą się ze sobą. Podejście do kompozycji, muzyki fortepianowej jest tu podobne. „Samsara” jest jak etiuda - etiudy też są na tym albumie. „Odysey” ma podobne pomysły rytmiczne.
Na nowej płycie nie chciałem skupiać się na wirtuozerstwie. Bardzo ważna była dla mnie melodia.

Dosłyszeć można na niej także ukłony w kierunku klasycznej pianistyki. Czy miałbyś ochotę zarejestrować album w całości poświęcony muzyce poważnej?

Mówiąc szczerze: Nie. Studiowałem muzykę klasyczną ponad 11 lat, ale nigdy nie uważałem się za pianistę w klasycznym, wirtuozowskim rozumieniu tego słowa. To dla mnie wielka inspiracja, ale bardziej z punktu widzenia kompozytora. Wciąż mnie to inspiruje. Słucham dużo muzyki klasycznej, analizuję ją, ale nie wykonuję.

16 listopada wystąpisz w Polsce - na festiwalu Jazzowa Jesień w Bielsku Białej. O czym chcesz opowiedzieć swoim słuchaczom? Czy koncert ma ich przenieść na ulice Erewania czy Gyumri?

Chciałbym by publiczność mojego koncertu usłyszała coś, co płynie z duszy. Chcę ich poruszyć, skłonić do tego by sami wejrzeli w głąb samych siebie: poczuli gdzie są a czego pragną od swojego życia. Chcę by wyruszyli w podróż, zapomnieli o swoim ciele i przenieśli się w inny wymiar. Przynajmniej o to będę się starał.