Gabriel Ferrandini - Polska jest krajem znajdującym się pod największym wpływem Stanów Zjednoczonych.

Autor: 
Roch Siciński
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Znakomite portugalskie Red Trio - jeden z najciekawszych europejskich zepsołów muzyki improwizowanej. Już niedługo przyjedzie na trzy koncerty do Polski. Ich gośćmi będzie Piotr Damasiewicz i Gerard Lebik. NIe można takiego koncertu opuścić. Czas aby oddać głos Gabrielowi Ferrandiniemu - muzykowi, który dla Red Trio maluje rytm.

 

Roch Siciński: Co słychać w Lizbonie? Powiedz czemu w ogóle tam mieszkasz?

Gabriel Ferrandini: Mógłbym zacząć od tego, że moja mama jest Brazylijką, tata pochodzi z Mozambiku, a ja urodziłem się w Stanach. Moi rodzice byli zmęczeni Ameryką, chcieli sprowadzić się do Europy. Mieliśmy tu rodzinę, a językowo Portugalia była najprostrzym rozwiązaniem, poza tym są tu naprawdę niezłe warunki pogodowe i...

R.S.: …to wszystko rozumiem. Pytam, dlatego że jeździsz po całym świecie i nie uwierzę, że nie masz argumentów muzycznych by mieszkać w Lizbonie.

G.F.: Tak, te argumenty pojawiły się stosunkowo niedawno i teraz mogę je nazwać. Zdarzało się i nadal zdarza mi się zastanawiać czy nie powinienem się przenieść, czy nie siedzę tu już zbyt długo. Pytanie jakie się pojawia to najzwyklejsze „gdzie indziej?” Stany Zjednoczone są miejscem, w którym dobrze jest bywać, fajnie je odwiedzać, ale zdecydowanie nie nadają się do stałego zamieszkania. Tam nie jest lekko, a na pewno nie jest lżej niż w Europie. Rozmawiam z artystami wielkiego formatu, którzy uciekają ze Stanów tutaj, bo w Europie potrafią sobie poradzić grając improwizowaną muzykę. Ameryka jest dobra do przygód czy inspiracji – niech tak pozostanie. W Portugalii czuję się czasem jak w miejscu gdzie muzyka jest aż za bardzo free, gdzie forma jest za bardzo otwarta. Bywa że patrzę i słucham z niedowierzaniem, bo ktoś potrafi wyjść na scenę, a ty nie słyszysz w jego muzyce inspiracji nikim i niczym! To jest niewarygodne! Czujesz, że jest to bardzo świeża muzyka i to jest ważne. Czasem myślisz sobie „O co chodzi!? To jest dalej muzyka? Gdzie to zmierza?!". Szkoda, że ja i paru innych gości ciągle tworzymy tu najmłodsze muzycznie pokolenie. Ciekaw jestem co będzie kiedy pojawi się następne. W tym roku skończe 28 lat i chciałbym zagrać z przedstawicielem jakiejś kolejnej fali w Lizbonie. Choć myślę o tym czasami i to może być fala tak konkretnie szalona, że mało kto to chwyci. Ale będzie nas napędzać, znowu będzie można uczyć się od nowych, analizować i zachwycać sie nimi.

R.S.: A jeszcze nie tak dawno jazzowy portugalski portal internetowy pisał o tobie „przyszłość czeka na niego”. Ta przyszłość to już chyba teraźniejszość? Jak cię ona przywitała? Dalej ciężko pracujesz jako przedstawiciel swojego muzycznego pokolenia? Czy nie masz już czasu, bo ciągle gdzieś latasz?

G.F.: Staram sie grać najlepiej jak potrafię, nadal próbuję sie uczyć i oczywiście ćwiczę. Czasem więcej, czasem mniej, dlatego że ciągłe ćwiczenie potrafi zmniejszyć produktywność. Staram się czerpać inspirację z wszystkiego – nie mówię teraz o muzyce. Staram się być wolny, aż do granic – być wolnym duchem. Nie szukam inspiracji, czy nie staję się na siłę wolny. Taki jestem, a inspiracja jest wszędzie i przychodzi sama. Znajdziesz ją idąc wspinać się w skałach, upijając się gdzieś do nieprzytomności, wybierając się do pierwszego lepszego klubu, czy specjalnie do klubu dla gejów... jest wszędzie. Próbuję być wolnym duchem nie od dziś, bo uważam, że nie można się zamykać w czterech ścianach ćwiczeniówki – to byłby problem. Staram się otworzyć najmocniej jak mogę w życiu, czytać jak najwięcej jak najlepszych książek, przebywać ze świetnymi ludźmi, bywać w wyjątkowych miejscach – wszystko stymuluje to co później będę grał na scenie. Jeśli jestem zamknięty w pokoju doskonaląc technikę, to nie będę miał kompletnie nic do powiedzenia. W dodatku będę miał może jednego znajomego, też bębniarza, bo będę mówił tylko o perkusji. Staram się być żywy do granic, cokolwiek to znaczy, brzmi nawet trochę głupio, ale korzystam z czasu ile tylko mogę. Muzycznie też staram się robić jak najwięcej, zarówno grać z tymi, z którymi spotkam się w klubie w Lizbonie, nawet jeśli im nie do końca wychodzi, jak i z tymi z którymi wyjść na scenę było kiedyś moim marzeniem. Gram na wielkich festiwalach, gram w małych popieprzonych spelunach dla ośmiu osób, to nie ma znaczenia. Ja potrzebuje, ja chcę, ja powinienem to robić, robić muzykę.

R.S.: W tym ciągłym nurcie od trasy do trasy jakim płynie twoje życie masz pewnie jakąś najważniejszą część. Który element tego cyklu uważasz za najistotniejszy, czy sprawiający największą frajdę? To co dzieje się w trasie, w nowych miejscach, na koncercie, po koncercie, wylatując z Lizbony czy do niej wracając?

G.F.: Dobre pytanie, bo sam nie wiem, muszę się zastanowić... To wszystko jest bardzo ważne i wszystko sprawia frajdę. Ale nie ma czegoś takiego jak początek, czy koniec. Jedno przelewa się w drugie. Każdy moment ma specyficzną energię która pomaga nam przez te trasy przechodzić cało, napędza nas. Ale najważniejsze jest to, aby być bardzo, ale to bardzo skupionym kiedy grasz. Muzycy różnie do tego podchodzą. Ja to postrzegam naprawdę poważnie. Wywołuje to u mnie potężne emocje. Zatapiam się w tym cały, kocham być na scenie. Zresztą lubię sytuacje bez wyjścia, a tak jest kiedy siedzisz za bębnami, ludzie siedzą przed sceną no i teraz musisz zagrać – więcej – musisz zagrać dobrze! Nie masz żadnego planu ucieczki, nie ma planu B. Uwielbiam to uczucie. Wtedy już staram się jak najmocniej skoncentrować. Jeśli pójdzie dobrze, to wywołuje we mnie wielką satysfakcję, ale czasami jeszcze lepiej jeśli pójdzie źle, żeby wyciągać wnioski, to jest szkoła grania. Raz na jakiś czas musisz spierdolić koncert żebyś poczuł odpowiedzialność, bo tu nie ma żartów.

R.S.: Nie masz czasem dość? W jednym miesiącu możesz być w Japonii, Szwajcarii i Argentynie, ciągle na najwyższych obrotach. Jak ty się w tym odnajdujesz? To chyba nie jest lekki kawałek chleba?

G.F.: Nie wiem czy to jest trudne, bo to jest jakaś moja droga. Podróżuje dużo, ale ciąglę nie za dużo. Są przecież muzycy, którzy grają ponad 200 koncertów w jednym roku. Więc może jeszcze nie jestem skończonym świrem. Ciągłe granie, nowi ludzie, nowe sceny, nowe projekty – to mnie uczy dużo o sobie, tego kim jestem. Bez przerwy stawiam sobie wyzwania, jestem w jednym wielkim wyzwaniu. Muszę być ciągle świeży. Nie mogę zatrzymać się za długo w jednym miejscu, na jednej płycie. To jest coś co mnie napędza. Choćby w ostatniej trasie z polskim Imprographic byliśmy w Wiedniu, chwilę później nad Bałtykiem, widzieliśmy dużo, spotkaliśmy wielu ciekawych ludzi, byliśmy na jakiejś ważnej gali, gdzie Piotrek Damasiewicz dostał nagrodę – to wszystko są inspiracje! Choć jak wracam do domu to czuję się jak idiota. Po takich dwóch tygodniach jestem pełen emocji, ciągle w pośpiechu, tyle się wydarzyło! A tutaj siedzą ludzie i mówią, że jest nudno i nie dzieje się nic. Rozumiesz? To jest zderzenie dwóch światów. Czy ja mam teraz coś opowiadać? Za każdym razem zderzać takie dwie rzeczywistości?

R.S.: Byłeś ukształtowany przez akademię, miałeś w głowie wszystkie zasady i wskazane drogi rozwoju. Ty jednak sprzeciwiłeś się muzycznej koncepcji środka. Mimo lat kształcenia odwróciłeś się od mainstreamu, czy też czasem w ogóle od jazzu. Odnoszę wrażenie, że stwierdzenie „zawsze kiedy znajdziesz się po stronie większości zatrzymaj się i pomyśl przez chwilę” pasuje do ciebie idealnie.

G.F.: Oczywiście! Zgadzam się z tym stwierdzeniem, w wielu aspektach ma ono swoje przełożenie. Szczególnie na sprawy muzycznej edukacji, która uczy podążania za większością. Może to nie jest największy, ale jeden z tych wielkich problemów które są w muzyce. W tej chwili w Lizbonie gra Jeb Bishop, będę grał z nim też dzisiaj wieczorem. Wczoraj poruszaliśmy właśnie ten problem. Pytał mnie jak wygląda edukacja tutaj, w Portugalii. Próbowałem mu wytłumaczyć, że szkoła stara się nauczyć cię grać jak wszyscy, brzmieć jak wszyscy, zabija twój język, że nikt nie wybiera ryzykownych dróg, nikt nie pokazuje odmiennego zdania, bo tak jest łatwiej. Jeśli jest pietnastu gitarzystów, którzy brzmią i grają jak Kurt Rosenwinkel to wszystko ma być proste, ale kiedy ktoś wybiera drogę Dereka Baileya to rodzi się problem. Konkluzja do której doszliśmy z Bishopem po tej rozmowie o edukacji zmierza do jednaj ważnej rzeczy i myślę, że o to ci chodzi. Przyznaliśmy, że oczywiście problem jest w edukacji, ale ten problem był zawsze. Decydujący jest tutaj czynnik ludzki. Nie jestem nikim wyjątkowym. Podobnie jest na polskiej scenie. Damasiewicz to też przecież osoba mocno wyedukowana. Przeszedł przez trzy szkoły, wbijano mu do głowy różne akademickie durnoty, a jednak jest sobą. To jest kwestia możliwości i horyzontów każdej oddzielnej jednostki. Nie chcę też powiedzieć, że perkusiści nie powinni studiować i uczyć się technik starych mistrzów choćby Maxa Roacha, czy Buddy'ego Richa, ale nie można im narzucać ich stylu myślenia. To jest przeterminowane!

R.S.: To jak było w Twoim przypadku? Kiedy nastąpił ten moment gdy poczułeś, że chcesz iść w inną stronę, poznawać więcej?

G.F.: Miałem to szczęście, że otworzyłem oczy i uszy stosunkowo szybko, byłem młody zarówno muzycznie jak i życiowo. Jak byłem nastolatkiem to słuchałem różnych rzeczy; od punk rocka przez drum&bass po dziwactwa muzyki elektronicznej. Później oczywiście słuchałem masę muzyki jazzowej, co naturalne. Miałem jednak taki prosto ukierunkowany gust, że chciałem słuchać tylko szybkiego grania, rwącego swingu itd. Na bębnach nie wiele wtedy umiałem. Poznałem w tym czasie ludzi z Clean Feed Records, oczywiście w sklepie płytowym Trem Azul (ang. Blue Train). Pamiętam to doskonale. Miałem wtedy około 17 lat, wszedłem do tego sklepu mówiąc, że chcę kupić płytę jakiegokolwiek składu, byle było to szybkie jazzowe granie – takie klapki na oczach... Wtedy podszedł do mnie Travassos – grafik, który tworzy większość okładek dla Clean Feed – powiedział, że znajdzie mi coś szybkiego. Przyniósł mi całą stertę płyt, postawił przede mną, przy takim stanowisku odsłuchowym. Nie miałem wówczas pojęcia co to za projekty, nawet nazwisk nie kojarzyłem. Pierwsza płyta z tej sterty to (do dziś jestem wielkim fanem tego krążka) Touchin' on Trane trio Charlesa Gayle [Rashied Ali/William Parker]. Wysłuchałem pierwszej minuty nagrania i nagle WOW! To jest to! Nie miałem pojęcia czego słucham, ale wiedziałem, że to jest to. Właśnie na tym nagraniu było wszystko czego słuchałem do tamtej pory w jazzie... i dużo więcej. To co grał Rashied Ali dla mnie było kosmosem. Wiedziałem, że chcę iść w tą stronę.

R.S.: Byłeś w Lizbonie w czasie kiedy powstawał Clean Feed. Jak to wyglądało i jak wygląda teraz z twojej perspektywy?

G.F.: To jest bardzo kompleksowe przedsięwzięcie. Clean Feed jest dużą marką wydającą albumy współczesnego jazzu, cały świat zna ich albumy. W Portugalii ludzie szanują ich pracę, ale słuchaczy tej wytwórni nie ma u nas zbyt wielu, tutaj bardzo mała grupa ludzi słucha tego rodzaju muzyki. Mają legendarny sklep. Asortyment tego sklepu jest bardzo atrakcyjny. Płyty CD, winyle, płyty używane, bootlegi... Sklep połączony jest z barem, więc możesz przyjść posłuchać muzyki i coś wypić, nie musisz iść konkretnie na zakupy. To jest specyficzne miejsce spotkań. A założyciele to normalni ludzie, żadne persony poza zasięgiem, choć na swój sposób wyjątkowi. To grupa specjalistów pracująca bardzo ciężko i wkładająca w pracę bardzo dużo serca. Powstanie wytwórni to długa historia. Skrótowa rzecz biorąc wszyscy (na początku były to cztery osoby jeśli dobrze pamiętam) pracowali w największym sklepie płytowym w mieście. Niektórzy w dziale jazzowym inni klasycznym, nieistotne. Pewnego dnia sklep splajtował, został zamknięty. Nagle powstała idea założenia własnej małej firmy, która wydawałaby albumy pasujące do ich gustu. Nie mieli pieniędzy od rządu, miasta, czy Unii. Wyciągnęli tyle ile mieli w swoich kieszeniach, a nie mieli zbyt wiele, bo przecież mówimy o przeciętnych – jeśli chodzi o zarobki – ludziach. Bardzo fajne w historii Clean Feed jest jednak to, że zaczęli od niczego i pojawili się trochę znikąd. Robiąc to co kochają doszli do obecnej sytuacji. Właśnie to jest przyczyną ich sukcesu – determinacja i prawdziwa pasja do rzeczy którymi zaczęli się zajmować, kochali to więc musiało się udać.

R.S.: W czasie twojego ostatniego pobytu w Polsce było wiele rozmów. W warszawskim klubie „Pardon, to tu” w dyskusji właśnie o rynku fonograficznym padło charakterystyczne stwierdzenie autorstwa Dereka Baileya na temat relacji rynku do muzyki improwizowanej pamiętasz? („Improwizacja jest mu [rynkowi fonograficznemu] nie na rękę – nie sposób zarobić pieniądze na gównie, w którym nigdy nie wiadomo, co się stanie za minutę” – Derek Bailey)

G.F.: Tak pamiętam i to jest oczywiście prawda. Jest jednak bardzo pozytywna rzecz z rynkiem związana. Pomimo całego spierdolonego mainstreamu, wszystkich tych rzeczy dookoła bezsensownie funky i groove’ie jest masa świetnych artystów którzy grają bardzo dobre free czy muzykę improwizowaną. Wbrew pozorom ludzi zainteresowanych tą muzyką nie jest mało i to jest ta pozytywna sprawa! Nawet jeśli rynek jest mały z twojej perspektywy, bo siedzisz teraz w Warszawie, czy z mojej, bo jestem w Lizbonie to patrząc globalnie wcale nie jest źle, wcale nie jest to mała siła. Jest masa ludzi na całym świecie, która jest tym zainteresowana. Jeśli nie ograniczasz się do swojego kraju to nie musisz się martwić czy dożyjesz do kolejnego miesiąca. Nie możesz myśleć granicami. W ogóle duża część muzyki może polegać na przesuwaniu granic czy ich zacieraniu. To ważne...

R.S.: Koncertowałeś już w polsce wiele razy. Twoich sześć wizyt i współpraca z dużym gronem muzyków mogła wytworzyć pewne opinie. Jak oceniasz polskich muzyków?

G.F.: Jeśli mam kategoryzować krajami, to według mnie w całej Europie, Polska jest krajem znajdującym się pod największym wpływem Stanów Zjednoczonych. Jeśli myślisz, o Wielkiej Brytanii, o Skandynawii, o Francji to myślisz o specyficznych stylach grania jazzu. Jeśli chodzi o Polskę to widzę ją jako bardzo mocną muzycznie. Macie całe rzesze świetnie wyedukowanych muzyków, jednak będących pod wielkim, wielkim wpływem amerykańskiego mainstreamu.

R.S.: Jako komuś mającemu szerszą perspektywę, obserwującemu to z boku, przeszło ci przez głowę czemu tak jest?

G.F.: Na pewno jest wiele przyczyn. Często spotykałem u Was w kraju muzyków, którzy mówili wprost, że chcą odrzucić od siebie wpływy, chcą przestać grać jazzowo, chcą zatopić się w muzykę improwizowaną i grać świeżo. Później wychodzili na scene i grali wciąż ten sam materiał, coś czego jeszcze przed chwilą nie chcieli. To może są tysiące powodów. Ale człowieku, macie tak dobrych muzyków! Jeden z najlepszych swingujących bębniarzy jakich słyszałem w przeciągu dwóch ostatnich lat na całym świecie to był Wojciech Romanowski. Jak on potrafi grać na swoich bębnach to jest nie-wia-ry-go-dne! Powinien go do siebie ściągnąć Marsalis, ale pieprzyć Marsalisa. Romanowski jest wybitny! Oczywiście mówię o starym stylu gry na bębnach, tyle że powtórzyć to co on gra na perkusji graniczy z cudem! A to tylko jeden polski przykład. Ciekaw jestem jaka będzie kolejna, młoda generacja polskich muzyków.

R.S.: Powiedz co ty byś robił gdyby nie muzyka?

G.F.: Nie mam pojęcia! Z pewnością jeździłbym się wspinać... bo trochę mało mam na to czasu. Jak zaczynałem studia, to poza muzyką przez jakiś czas męczyłem projektowanie graficzne i design. To jednak była dla mnie cieżka praca, zaczęła mnie nudzić dosyć szybko. Za dużo godzin przed komputerem, robienie projektów godzinami przy jakichś programach... W teorii uwielbiam design, ale w praktyce męczyło mnie to strasznie. Zbyt statyczne zajęcie jak dla mnie. Nie mój tryb życia, nie mógłbym pracować w takim systemie dom-biuro-dom.

R.S.: Ale na pewno masz znajomych żyjących w takim modelu. Nie mają cię za świra?

G.F.: Mają mnie za szcześliwego skurwysyna.