Colin Vallon - muzyka jest trochę jak dziennik

Autor: 
Piotr Jagielski
Autor zdjęcia: 
Krzysztof Machowina

Cześć, jak minęła podróż?

Heh, dzięki, bardzo w porządku. Jesteśmy troszkę zmęczeni, ale ogólnie czujemy się dobrze.

Pytam z troski, ale również dlatego, że podróżowanie wydaje mi się jednym z głównych narracyjnych motywów twojej twórczości.

Jak najbardziej. Dużo podróżujemy, dużo rzeczy się w trakcie podróży dzieje, pojawiają się nieoczekiwane inspiracje. Muzyka jest trochę jak dziennik podróży – opowiadasz, co cię spotkało, jakie emocje ci towarzyszyły. To bardzo literackie doświadczenie. Podróże kształcą.

A mieliście okazję, żeby rozejrzeć się po Bielsku i poszukać jakiejś polskiej inspiracji?

Niestety, nie, przyjechaliśmy prosto do hotelu, a z hotelu na próbę, tak że nie za bardzo mieliśmy czas.

Co dziś usłyszymy na koncercie?

Dziś zagramy trochę materiału z albumu [„Rruga” wydana przez ECM - przyp. P.J.] i odrobinkę sobie poimprowizujemy. Zwykle nie wiemy do końca, co będziemy grać. To zależy od rozwoju sytuacji, od naszego nastroju i nastroju publiczności.

Lubisz chyba takie eksperymenty na żywym organizmie?

Wiesz, staramy się po prostu wykorzystać moment, który – mam nadzieję, że nadejdzie – da nam możliwość reagowania na to, co nieplanowane. Czasem przychodzi, czasem nie przychodzi. Osobiście lubię eksperymenty z brzmieniem własnego instrumentu. Staram się wydobyć z niego dźwięki, które mu z natury nie przynależą, nie są dźwiękami fortepianu. Sposoby osiągnięcia rezultatu o który mi chodzi są różne, ja staram się modulować brzmienie instrumentu używając różnych przedmiotów.

Jaka jest twoja koncepcja tria? Słuchając płyty miałem mimowolne skojarzenia z triem Billa Evansa.

Jasne, uwielbiam Evansa. Ale inspiracje czerpię z najróżniejszych stron. Muzyka ludowa, bałkańska, muzyka klasyczna. Ostatnio słucham dużo klasyki. Musiałem odpocząć od jazzu; zrobić sobie długą przerwę, żeby nie poddawać się nadmiernym wpływom innych muzyków. Z triem Evansa mamy wiele wspólnego, ale nie koniecznie brzmieniowo; nie wydaje mi się żebyśmy grali coś podobnego do amerykańskiego jazzu. Raczej myślę tu o samej idei tria – my również staramy się ze sobą współgrać. Nie ma dominacji jednego instrumentu tylko wspólna praca całego zespołu. W tym sensie staramy się czerpać z tria Billa Evansa.

Kilka tygodni temu w wywiadzie dla Jazzarium, Matthew Shipp mówił, że jazz to nie jest styl muzyki, tylko pewnego rodzaju uczucie. Jakie to dla ciebie uczucie?

Zgadzam się z Matthew, choć uważam, że jazz to nie tyle uczucie co stan umysłu. Sposób patrzenia na rzeczywistość i układanie jej sobie w głowie. Łącznie różnych rzeczy, często bardzo od siebie oddalonych. Ja staram się przebywać w tym stanie umysłu i w tej postawie. To jest rodzaj postawy, która wymaga ciągłego otwarcia na nowości, choćby nie wiem jak dziwaczne się wydawały i jak wielki wzbudzają opór.