Trzaska/Rychlicki/Szpura w Powiększeniu

Autor: 
Krzysztof Wójcik

Ostatnimi czasy mam szczęście do koncertów w Powiększeniu, które przypominają bardziej transowo-medytacyjne rytuały niż konwencjonalne występy. Tak było w przypadku Ścianki i tak było w sobotni wieczór, kiedy na scenie spotkał się Mikołaj Trzaska, Łukasz Rychlicki i Paweł Szpura. Mając wciąż w pamięci wyborny koncert jaki dwóch pierwszych panów dało rok temu na tej samej scenie, byłem niezmiernie ciekaw cóż wyniknie z rozszerzenia składu do trio. A wynikło naprawdę sporo dobrej muzyki.

Wspomniany koncert Trzaska/Rychlicki, był w mojej opinii niezwykle udaną próbą wytyczenia wspólnego mianownika pomiędzy noise’owym, eksperymentalnym brzmieniem gitary, a ekspresyjną, agresywną i zarazem liryczną grą Trzaski. Obawiałem się, że dodanie perkusji troszkę zaburzy pierwiastek swobody, nieco abstrakcyjnych poszukiwań, które poczytywałem u duetu za jednoznaczne atuty. Okazało się, że Paweł Szpura nie tyle zaburzył interakcje, co wtłoczył ją na nowe tory, dając muzykom oparcie, które nieco bardziej skonkretyzowało oblicze muzyki.

W pewnym sensie dźwięki generowane przez trio, były rodzajem wypadkowej pomiędzy z wolna narastającą, kolektywną psychodelią zespołu Lotto (czemu ciężko się dziwić patrząc na skład), a koncertowymi transami Shofara, choć saksofon dopiero w ostatniej części koncertu zaczął zapuszczać się na tereny żydowskiej melodyki w bardziej wyraźny sposób. Szczerze mówiąc, to muzyce zespołu było niekiedy bardzo blisko do tej, którą Trzaska wykonywał z zespołem Łoskot w okolicach - skądinąd znakomitej - płyty Śmierdzące kwiatuszki.

Z mojego punktu widzenia elementem, który nadał brzmieniu tria oryginalnego, otwartego charakteru była gitara Rychlickiego, który podczas całego występu grał bardzo abstrakcyjnie i z wyczuciem, jakkolwiek niekiedy mógł śmiało pokusić się o jakąś bardziej zdecydowaną, przewrotną woltę, spuszczenie z łańcuchów jazgotu. Saksofon pełnił zdecydowanie rolę narracyjną, a kto zna umiejętności Mikołaja Trzaski do snucia intrygujących muzycznych opowieści, ten z pewnością nie mógł być rozczarowany. Ja absolutnie nie byłem. Artysta jednocześnie unikał dominacji i bardzo często grał niejako „pod” kolegów, splatając ton saksofonów z impresyjnymi dźwiękowymi pasażami Rychlickiego. Bardzo miło było zobaczyć Trzaskę w wydaniu mniej jazzowym, choć w dalszym ciągu bardzo „free”.

Trochę zabrakło mi momentów bardziej ostrych wymian ciosów na linii gitara-saksofon, które przed rokiem dobrze zapadły mi w pamięć, jednak być może wówczas występ straciłby swą hipnotyczną spójność? Chętnie przekonam się co do tego na kolejnym koncercie, którym mam nadzieję muzycy uraczą jeszcze warszawską publiczność. W tym składzie czuć potencjał, który śmiało mógłby zaowocować ciekawym wydawnictwem płytowym. Gromkie oklaski słuchaczy zgromadzonych w Powiększeniu były najlepszym świadectwem, że nie tylko ja tak myślę.