Made In Chicago

Autor: 
Maciej Karłowski
Jack Dejohnette / Muhal Richard Abrams / Lary Grey / Roscoe Mitchell / Henry Theradgill
Wydawca: 
ECM
Dystrybutor: 
Universal Music Polska
Data wydania: 
03.02.2015
Ocena: 
5
Average: 5 (1 vote)
Skład: 
Jack Dejohnette - drums, Muhal Richard Abrams - piano, Lary Grey - bass, Roscoe Mitchell - saxophones, recorders, Henry Theradgill - alto saxophone, flutes

Ta płyta może być wydarzeniem, nie tylko w katalogu ECM i może nawet fakt, że w tym katalogu zajmie miejsce szczególne jest najmniej znaczący. To może być płyta ważna, m.in. z historycznego powodu. Bo oto wielki Jack DeJohnette, perkusista Milesa Davisa, filar tria Keitha Jarretta, powraca do swojego rodzinnego miasta. Powraca do miejsca, w którym uczył się grać, w którym zdobywał muzyczne szlify i to szlify nie byle jakie! Pod czujnym ojcowskim niemal okiem samego Muhala Richarda Abramska, człowieka od którego zaszła się AACM. To u w jego legendarnym Experimental Band Jack Dejohnette zasiadał jako młodzieniec i za klawiaturą fortepianu i nieco później już  za zestawem perkusyjnym.

Powraca także do dawnych przyjaciół, których trochę w toku swojej wielkiej światowej kariery nielekko, zwłaszcza w ostatnich latach i zwłaszcza muzycznie, zaniedbywał. Wielu z nich gra już w największej orkiestrze świata, ale jednak nie wszyscy. Ciągle jest, u nas akurat mało znany, ale w Chicago niezwykle ceniony kontrabasista Larry Grey, który pewnie dalej byłby nic nie znaczącym tu artystą, gdyby nie jego dwa pobyty na poznańskim festiwalu Made In Chicago. Są także ci, z którymi zasiadał w jednej szkolnej ławie, Roscoe Mitchell i Henry Threadgill – artyści wybitni, których czytelnikom Jazzarium raczej nie potrzeba przedstawiać.

 

Pamiętać warto, że tak nawiązane przyjaźnie, takie wspólne muzykowanie na jam session w małych klubach, wspólne gorączkowe poszukiwania muzyczne, stojąc ramię w ramię na bodaj nawet najmniejszej scenie i wspólne spoglądanie na sztukę za młodych lat wyrobione, może nigdy nie utracić swej mocy. Z tej perspektywy patrząc, jak mawia Muhal Richard Abrams „Muzyka to ludzkie doświadczenie w pełnej glorii”.

To pewnie ono przed ponad pięcioma dekadami sprawiło, że mógł zdarzyć się wspólny jamowy koncert kwartetu Johna Coltrane’a z chicagowskimi rewolucjonistami spod znaku AACM. Nie zarejestrowany na żadnej taśmie, ani nie wydany na płycie, ale żywo funkcjonujący w pamięci, także i Jacka DeJohnette’a, który wówczas tylko na chwilę zastąpił w Coltranowskim bandzie samego Elvina Jonesa. Ono też jak sądzę sprawiło, że choć drogi starych znajomych rozeszły się i każdy po swojemu dokładał cegiełkę do wielkiego jazzowego fresku, po latach możliwe stało się ponowne spotkanie. Zadziwiające, że w takim dokładnie jak ten składzie nie występowali nigdy wcześniej.

 

Okazja po temu zdarzyła się w 2013 roku, kiedy Jack DeJohnette obchodził swoje 70 urodziny, kiedy otrzymał prestiżową nagrodę NEA Jazz Masters i kiedy poproszony został przez organizatorów Chicago Jazz Festiwal, aby zaprezentować dowolny program, złożonych z takich kompozycji jakie będzie chciał i w składzie jaki sobie wymyśli.

„Potraktowałem tę propozycję jako okazję aby powrócić do domu i spotkać na nowo wszystkich, aby poczuć się jak w 1962 roku w czasie studiów w Wilson Junior College (dzisiejsze Kenedy – King College).

Ale czasu tak do końca cofnąć się nie da. Na chicagowskiej festiwalowej scenie stanęli co prawda dawni kumple, ale o całe czterdzieści lat starsi. I przyznam, że choć zestaw muzyków wydawał mi się oszałamiający, to wcale nie byłem do końca pewien czy te legendy złączone ze sobą we wspólnym koncercie stworzą coś na miarę swojej wielkości. Chciałem bardzo żeby tak się stało, toteż na DeJohnette’owskie „Made In Chicago” czekałem z wielkim zniecierpliwieniem od kiedy pojawił się anons o planach wydania temu zespołowi płyty. Pamiętając jednocześnie, że czeka mnie all stars band, którego średnia wieku, przekracza siedemdziesiątkę.

 

I warto było czekać, bo jak się okazało, podążając znów za słowami Muhala Richarda Abramska „ Kiedy grasz muzykę z ludżmi wytwarza się więź nie dająca się zerwać” I tę więź słychać tu w każdej sekundzie  nagrania. Niezależnie od tego czy grają akurat kompozycję któregoś Threadgilla, Mitchella, Abramska, Dejohnette’a czy kolektywną improwizację wymyśloną spontanicznie na potrzeby zaspokojenia entuzjastycznej i sądzą po intensywności braw, licznie zgromadzonej publiczności. I słychać z niezwykłą ostrością, że nie ma żartów, na scenie stoją ogromnie silne indywidualności, że ich wspólna muzyka to z jednej strony emanacja ich własnej oryginalności, jako improwizatorów, ale też i co szczególnie ważne jako kompozytorów. Być może właśnie także i to kompozytorskie doświadczenie każdego z nich sprawiło, że nie ma tu kłótni o terytorium ani sprzeczki o ważność. Nikt nie próbuje wyścigów, ale i każdy zachowuje swoją własną wyjątkowość. A więc zderzają się ze sobą jak tytani, ale nie tracą ze sobą wspomnianej wcześniej więzi.

Choć ich muzyka bywa intensywna i drapieżna (szczególnie gdy gra sola Roscoe Mitchell) to jednak nie dzieje się to bez powodu i bez związku z architekturą i dramaturgią poszczególnych kompozycji. Bywa, że ta drapieżność ustępuje miejsca ekspresjonistycznej pianistyce Abramsa, który pomimo sędziwego wieku (84 lata) wydaje się wciąż dysponować olśniewającym fortepianowym touche oraz  jasnością i siłą muzycznej myśli, której mógłby pozazdrości mu nie jeden znacznie młodszy artysta.

Zresztą wszyscy są tu w dyspozycji znakomitej, czujni, gotowi reagować, otwarci na siebie nawzajem, pozwalający muzyce przez siebie swobodnie płynąć, dając jej miejsce i przestrzeń, aby mogła wybrzmieć do końca. Jak choćby w znakomitym Abramowskim „Chant” i impresyjnym, jakby w otwartej formule pomyślanym Mitchellowskim „This” czy w końcu rozpoczynającym się nieco hymnicznie Museum Of Time” pióra Jacka Dejohnette’a.

Podobno zaraz po zakończonych próbach poprzedzających koncert. Muhal Richard Abrams, dla mnie być może główny bohater tego koncertu powiedział „There’s no songs! There’s art.!” A zwracając się do DeJohnette’a dodał „Jestem z Ciebie naprawdę dumny!”

I trudno mi sobie wyobrazić, że przytomny wrażliwy na muzykę człowiek nie będzie dumny z tego zespołu, niezależnie czy rozpala go taki rodzaj grania czy nie. W moim odczuciu „Made In Chicago” to nie tylko wyśmienita płyta, to także album, który może przetrwać próbę czasu.

1. Chant, 2. Jack 5, 3. This, Museum Of Time, 4. Leave Don't GO Away, 6. Ten Minutes