Thelonious Monk - taniec najedzonego niedźwiedzia.

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Wszyscy wpatrują się w scenę, jak w transie. Saksofonista Charlie Rouse wygrywa połamane partie, a Monk kręci się wokół siebie. Thelonious tańczy ubrany w absurdalną czapkę, wysoko podciągnięte skarpetki i ekscentryczną marynarkę. To klasyka gatunku; pianista znany jest z tego, że często zachowuje się w sposób, w który inni raczej by się nie zachowali. Gdy Monk skończy grać swoją partię i robi się trochę miejsca na popisy innych, lubi sobie wstać i potańczyć z niedźwiedzią gracją. Jesteśmy w uroczo prymitywnym świecie Theloniousa Monka.

Monk należał do grupy muzyków skrajnie niekonwencjonalnych. Sam nauczył się obsługi instrumentu i to w wielu zaledwie sześciu lat. O charakterze jego stylu przez długie lata decydował wpływ Arta Tatuma, jednak w trakcie rozwoju i sięgania coraz badziej w głąb, silne inspiracje twórczością giganta Tatuma ustępowały pola coraz bardziej klarownemu i indywidualnemu stylowi samego Monka. Thelonious nawet kiedyś uczęszczał do szkoły muzycznej, ale na szczęście jej nie ukończył. Stylistyka, którą udało mu się wypracować jest tak drastycznie nie-szkolna i antyakademicka, że nawet Miles Davis mówił, że z Monkiem nie dało się grać. Po pierwsze dlatego, że był zbyt wyrazisty; nie umiał zagrać komuś innemu jakiejś lekkiej partii, by ten mógł się przy niej poprężyć. Po drugie dlatego, że nie miał ochoty. Monk grał, jakby był obłąkańcem, który przez przypadek po raz pierwszy w życiu usiadł za klawiaturą. I szuka, i znaleźć nie może. Jego gra przypomina uderzanie, karcenie instrumentu za nieposłuszeństwo; Monk uderza w klawisze bardzo, bardzo zdecydowanie i konkretnie. Nie ma tu nic z delikatności; nie w samej technice. Delikatność Monka jest bowiem ogromna i bardzo widoczna; wystarczy posłuchać znakomitego „Ruby My Dear” czy „I Love You” i już wiemy, że mamy do czynienia z wrażliwą bestią.

Już od samego początku Thelonious wyprzedzał wyobraźnią nawet będących bardzo 'do przodu' bebopowców. Pierwszym jazzowym miejscem, w którym krystalizował się styl Theloniousa był oczywiście nowojorski klub Minton's Place, gdzie pracując jako pianista miał okazję zmierzyć się w trakcie całonocnych jam-sessions z Charliem Parkerem, Dizzym Gillespiem czy Maxem Roachem. Ale choć wydawać by się mogło, że to scenografia i towarzystwo dla ekscentrycznego pianisty idealne, Monk nie potrafił dostosować swojej gry do bopowych potrzeb. Był stanowczo zbyt jaskrawy. Na tyle jaskrawy, że Miles po prostu nie wytrzymał i wrzasnął na niedźwiedzia „uspokój to!”. Monk wziął to do siebie i ponoć pięści poszły w ruch. 

Przed wejściem na scenę, Thelonious robi się wyjątkowo niezgrabny. Człapie po pokoju, nerowo paląc papierosa i mówi coś chyba tylko do siebie. Za nim biega żona, Nellie, która wszystkim się opiekuje i wszystkiego pilnuje. Od wyprasowania Monkowej koszuli zaczynając. To ona liczy pieniądze i sprawdza, czy wszystkie dokumenty się zgadzają na lotnisku, gdy on siedzi rozparty na siedzeniu i pochłonięty jest beztroskim jedzeniem zielonego jabłka. Ale gdy Monk już wejdzie na scenę, zmienia się nie do poznania. Tu już nie jest nieco niezaradnym, trochę nieprzystosowanym uroczym misiem i staje się prawdziwym niedźwiedziem, który panuje nad absolutnie wszystkim. Ma pod ścisłą kontrolą zarówno muzykę jak i publiczność, która najczęściej od razu zakochuje się po uszy, gdy tylko Thelonious rozpoczyna swój taniec na środku sceny. Julio Cortazar napisał, że jest to taniec najedzonego niedźwiedzia – nieco ociężały i niezgrabny, ale syty i zadowolony. Wydawało się, że robi tylko to, na co ma ochotę wtedy, kiedy ma ochotę. Bez tolerancji na kompromis. Podczas jednego z pierwszych występów telewizyjnych, przy fortepianie Theloniousa siedział Count Basie przyglądając się grze młodszego kolegi. Monk był oburzony i wściekły „Natępnym razem to ja przyjdę i będę mu się gapił na palce. Zobaczymy, czy jemu się to spodoba!”

Przygodę z Minton's zakończył nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Monk podwodził na lotnistko swojego przyjaciela, Buda Powella. Byli już zupełnie niedaleko, kiedy Powell gorąco poprosił o zatrzymanie się na rogu pewnej ulicy, wymawiając się koniecznością załatwienia jeszcze jednej drobnostki. Gdy zatrzymała ich policja, nikt nie zamierzał jakoś szczególnie dochodzić tego, do kogo należy heroina a kto jest tu tylko przez przypadek. Monk stracił kartę muzyka i nie mógł występować w Nowym Jorku przez długi czas. Gdy jednak udało się ją odzyskać, od razu powrócił w wielkim stylu zapełniając dzień w dzień przez sześć miesięcy klub Five Spot, gdzie grał w towarzystwie wyciągniętego z zespołu Davisa, saksofonisty Johna Coltrane'a. Ogromny żal, że zachowało się tak niewiele materiałów dokumentujących tę współpracę. 

Niestety już wtedy z Monkiem zaczęło się źle dziać. Pianista zaczął mieć kłopoty ze zdrowiem, przeważnie psychicznym. W dokumencie „Straight, No Chaser” syn Monka – Thelonious Jr., wspomina, że ojciec miewał kłopoty z rozpoznawaniem go. Nie radził sobie również z dużą ilością codziennych „trudności” jak gotowanie czy robienie zakupów. Od tego była Nellie. On miał nie zawracać sobie głowy drobnostkami i po prostu być kreatywny.  Ale ciężko o kreatywność i polot, gdy lekarze straszą terapią elektrowstrząsową, która wykończyła już jego przyjaciela Buda Powella. Na szczęście, rodzina nie wyraża zgody i kończy się na terapii psychotropowej. Monk niechętnie rozmawia i cierpiący na schizofrenię schodzi coraz głębiej w swój zamknięty, prymitywny świat, do którego idealną ilustracją wydają mi się obrazy Jean-Michela Basquiata.

Podczas ostatnich występów w zespole All Stars, Monk nawet się do nikogo nie odezwał. Ani dzień dobry, ani dowidzenia, nic. To Monk wieczorny; Monka dziennego natomiast wspomina John Coltrane słowami: „Pod wieloma względami Thelonious był zaprzeczeniem Milesa. Chciał rozmawiać tylko o muzyce. Jeśli się go o coś spytałeś, potrafił siedzieć z tobą godzinami spokojnie tłumacząc, aż zrozumiesz o co mu chodzi”.

Na dziesięć lat przed swoją śmiercią Monk zniknął. Przestał grać. Wieloletni współpracownik, Charlie Rouse wspominał „nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś do tego dojdzie, ale czasam w życiu dzieją się takie rzeczy; coś się w nim przestawiło i już nie chciał grać” Mógł, to nie była decyzja podyktowana względami zdrowotnymi czy ideologicznymi. Nikomu nigdy się nie tłumaczył ze swoich powodów. To nie była kwestia popatrzenia sobie głęboko w oczy i zadania uczciwego pytania: „czy jeszcze to mam, czy już nie”. Po prostu mu się odechciało. Ostatnie lata spędził pod opieką i kuratelą legendarnej „jazzowej baronowej” Pannonici de Koeningswater w jej domu w New Jersey, zwanym „kocim pałacem”.

W pokoju cały czas stało pianino, ale Monk już nie grał.