Take Five, be cool! Dziś 93 rocznica urodzin Paula Desmonda.

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Paul Desmond jest jednym z najpopularniejszych i jednocześnie najbardziej bagatelizowanych saksofonistów w historii jazzu. Słyszał go niemal każdy, czy o tym wie, czy nie. Kompozycja jego autorstwa „Take Five” podbijała nie tylko listy przebojów ale w ostatnich latach także branżę reklamową. Posłużyła do tła dla reklam samochodów, napojów i funduszy emerytalnych. Do dziś jednak ten utwór łączony jest najczęściej z Davem Brubeckiem, liderem grupy, do której należał saksofonista. Desmond był jednym z niewielu saksofonistów swojej epoki, którzy nie brzmieli jak Charlie Parker. Bliżej było mu do rozleniwionego, grającego jakby od niechcenia, nie przejmującego się rytmicznymi podziałami Lestera Younga. Parker był zbyt nowojorski, zbyt gwałtowny i niecierpliwy. Desmond należał do drugiego skrzydła jazzu – Zachodniego Wybrzeża, gdzie wyrósł na jednego z prężniejszych improwizatorów i czołową postać tamtejszej sceny muzycznej.

Paul Emil Breitenfeld urodził się w 1924 roku w San Francisco. Od najmłodszych lat zdradzał zainteresowanie muzyką i instrumentami, jednak napotkał na opór rodziców. Jego ojciec, choć sam przygrywał w lokalnym kinie do niemych filmów, nie chciał aby jego syn skończył jako podobny chałturnik. Może chciał dla Paula czegoś więcej, poważnej pracy z poważnym ubezpieczeniem i poważną pensją. Gdy chłopiec zaczął uczyć się gry na skrzypcach, dostał od ojca zakaz. Z powodu sytuacji w domu (matka muzyka borykała się z problemami natury psychicznej),Paul został przeniesiony na drugi koniec kontynentu, do Nowego Jorku, gdzie mieszkał z krewnymi.

Po powrocie do domu zaczął grać na klarnecie w San Francisco Polytechnic High School. Za saksofon złapał dopiero na ostatnim roku studiów. Wtedy został również „zaciągnięty” do oddziału armii Stanów Zjednoczonych stacjonującego w San Francisco. W koszarach, jak wielu muzyków których spotkał podobny los, zajmował się głównie grą. Po spędzeniu trzech lat w wojsku, został zwolniony. Nigdy nie trafił na front II wojny światowej. Poznał jednak młodego, sympatycznego pianistę w farmy Concord w Kalifornii, Dave’a Brubecka (w przeciwieństwie do Desmonda, Brubeck faktycznie został posłany na front). Po wyjściu z wojska kilkakrotnie grywał z Brubeckiem w Geary Cellar. Jednak nie był wówczas zainteresowany wiązaniem z nim swojej muzycznej przyszłości. Obaj panowie mieli równie silne, co dalekie od siebie usposobienia – konserwatywny Brubeck, głowa rodziny, ustabilizowany i odpowiedzialny kontra libertyn Desmond – alkoholik, narkoman, hazardzista i kobieciarz. Gdy znali się jeszcze bardzo krótko, Desmond najpierw obciął o połowę pensję Brubecka, następnie go zwolnił. Potrzebował  dodatkowych funduszy na wyprawę hazardową do Reno. Później przyszło mu się za to kajać.

Brubeck był wściekły na saksofonistę. Powiedział swojej żonie, że noga Paula Desmonda nigdy nie przekroczy progu jego domu. Przekroczyła. Desmond wrócił do Kalifornii po tym, jak usłyszał w radio trio Brubecka. Zrozumiał, że niestety to właśnie z tym – tak odmiennym od niego – człowiekiem przyjdzie mu szukać sławy i kariery muzycznej. Z podkulonym ogonem stanął przed drzwiami domu państwa Brubecków. Został wpuszczony, a nawet zaprowadzony do ogródka, gdzie pianista rozwieszał właśnie na linie do prania bieliznę i dziecięce pieluchy. Pogodzili się, gdy Desmond zaoferował, że popracuje trochę jako opiekunka do dzieci Brubecków.

 

Ich style gry różniły się tak bardzo jak ich style życia. Desmond nie był fanem sposobu gry pianisty – uważał, że jest przyciężkawy i miejscami toporny. Jego gra natomiast była wręcz zwiewna, eteryczna. Ponoć był szczerze zakochany w aktorce Audrey Hepburn. Podczas nagrywania płyty „Brubeck Time”, pianista wyznał „Chciałbym zobaczyć Audrey Hepburn przechadzającą się po lesie”. „Rany, ja też” - rozmarzył się Desmond. Pianista dalej wspomina: „Posiedzieliśmy chwilę w milczeniu, policzyliśmy do trzech i po prostu zagraliśmy ten utwór. Stąd wziął się tytuł”. Gra Desmonda przypomina mi Audrey Hepburn, delikatną, nieco dziecinną i uroczo melancholijną. Dopiero przy połączeniu sił – osadzonego brzmienia Brubecka z lekkością gry Desmonda – osiągnięto to, co saksofonista wyczuwał od razu, z powodu czego zjawił się ze spuszczoną głową na progu domu Brubecka. Wspólnie nagrali ponad 50 płyt, w tym – uważany za jeden z najlepszych krążków w historii jazzu – „Time Out”. Zasady kontraktu, podpisanego między oboma muzykami, były jasne: Brubeck nie mógł „wylać” Desmonda ale za to był niekwestionowanym liderem grupy a saksofonista otrzyma 20 procent zarobków kwartetu (z basistą Eugenem Wrightem i perkusistą Joe Morello). Pokłosie doświadczenia hazardowego z Reno.

Kwartet stał się jedną z najpopularniejszych formacji w kraju – trafił idealnie w gusta środowiska akademickiego, studentów żyjących leniwie w San Francisco, czytających Jacka Kerouaca i popalających niewinnie marihuanę. „Cool jazz” był najpopularniejszą formą jazzu na Zachodnim Wybrzeżu, rywalizującą z nowojorskim be-bopem, przesiąkniętym wielkomiejskim pędem. „Cool jazz” był bardziej rozleniwiony, niedzielny i relaksujący. Desmond grywał z najwybitniejszymi przedstawicielami nurtu – Chetem Bakerem, Gerrym Mulliganem i Jimem Hallem. Teraz do nich został włączony kwartet Brubecka o czym w znacznej mierze zadecydowało brzmienie Desmonda. Zespół stał się tak sławny, że w 1954 roku do pokoju hotelowego Brubecka zapukał sam Duke Ellington, wręczając pianiście egzemplarz magazynu „Time” z jego podobizną na okładce. Wspólnie grali do 1967 roku, gdy Brubecka zdecydował się rozwiązać kwartet by zająć się kompozycją.

Po rozwiązaniu zespołu nadal utrzymywali ze sobą kontakty – kilkakrotnie występowali wspólnie, saksofonista pozostawał w dobrych stosunkach również z resztą rodziny. Jeden z synów Brubecka, Darius wspominał, że do późnego wieku nastoletniego był przekonany, że Desmond jest członkiem rodziny, wujkiem, a nie jedynie jej przyjacielem.

„Oto idzie. Nie z leszczem. Z bankierem” – komentował widok byłej ukochanej na ulicy. Desmond był kobieciarzem i mocno przeżywał swoje kolejne sercowe porażki. Z bankierem – najgorzej. Nie był typem uwodziciela jak Chet Baker. Przypominał raczej wykładowcę akademickiego, chemika bądź matematyka, z wydatnym czołem i w grubych okularach. A jednak marzyła mu się Audrey Hepburn.

Na wiadomość, że jest chory na raka płuc, Desmond zareagował z właściwym sobie poczuciem humoru – wyraził ulgę i radość, że jego nerki, bombardowane przez lata Jackiem Danielsem, są w doskonałej formie. Saksofonista nigdy nie stronił od używek – czy były to papierosy, alkohol, marihuana, LSD czy kobiety. Zabiły go papierosy. Krótko przed śmiercią zdążył jeszcze wystąpić z Brubeckiem. Nikt wśród zgromadzonych nie miał pojęcia o krytycznym stanie jego zdrowia. Zmarł w 1977 roku, na łożu śmierci przekazując swój saksofon Michaelowi Brubeckowi, synowi Dave’a.