Szaman - dziś urodziny Ronalda Shannona Jacksona

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Ronald Shannon Jackson – zdaniem Joachima Ernsta Berendta jeden z pięciu najważniejszych perkusistów nowoczesnego jazzu. Postać zupełnie wyjątkowa, dla której historia nie jest jednak szczególnie łaskawa. Zresztą nie tylko dla niego. Przez lata palmę pierwszeństwa w dziedzinie „wielcy zapomniani” mężnie dzierżył filar zespołów Cecila Taylora – Sunny Murray. Teraz, jak się okazuje, przyszedł czas na Shannona Jacksona, będącego przecież rytmicznym fundamentem formacji oraz w ogóle twórczych koncepcji innego jazzowego reformatora Ornette’a Colemana. Zła passa nie odwróciła się nawet kiedy na rynku płytowym ukazała się płyta „Tabligh” firmowana przez Wadadę Leo Smitha i jego Golden Quartet. Czekaliśmy aż podczas Warsaw Summer Jazz Days Shannon pojawi się u jego boku – niestety nie doczekaliśmy się. Skład słynnej formacji trębacza zmienił się i nie było już miejsca dla Jacksona, ale miejsce w historii jazzu będzie dla niego zawsze.

Ten liczący sobie w chwili śmierci  73 lata muzyk urodził się i wzrastał w Forth North. Fakt warty zapamiętania, nie tylko ze względu na działające tam, prężne środowisko muzyczne, ale też dlatego że tam dorastały również tak ważne dla historii jazzu postaci jak Ornette Coleman, Julius Hemphill czy Dewey Redman – wspaniały saksofonista, znany większości jednak nie z powodu własnego wkładu w rozwój muzyki, ale ze względu na bardzo sławnego syna Joshuę. Muzyczne doświadczenia Jacksona w prostej linii wyrastały z panującą w Forth North atmosfery gospel i bluesa. Znajomość szczególnie tego drugiego zawdzięcza Jackson ojcu – w owych czasach właścicielowi sklepu płytowego i szafy grającej. Gospel zaś chłonął, aktywnie uczestnicząc w religijnym życiu miasta.

 

Nie trzeba było też długo czekać na pierwsze próby z instrumentem. Za zestawem perkusyjnym po raz pierwszy zasiadł w wieku czterech lat, a trzy lata potem za namową matki – pianistki jazzowej – zaczął zgłębiać arkana sztuki fortepianowej. Pierwszym wybitnym muzykiem spotkanym na muzycznej drodze Jascksona był nieżyjący już dziś wirtuoz klarnetu John Carter. Miało to miejsce trzeciej klasie szkoły podstawowej i, co oczywiste, nie przybrało formy koncertowej ani tym bardziej płytowej. Równie ważna jednak, co spotkanie z Carterem, okazała się edukacja szkolna. Jej właśnie Jackson zawdzięcza znajomość europejskiej muzyki klasycznej. Trudno powiedzieć w jakiej mierze wczesne próby z Beethovenem, Rachmaninovem, Lisztem czy Wagnerem wpłynęły na kształt muzycznej wrażliwości młodego Jacksona, jednak przydatności tego rodzaju doświadczeń nie sposób odmówić.

Muzyka więc z wolna, acz intensywnie zaczęła wypełniać życie młodego Ronalda, który już jako nastolatek, jeszcze przed ukończeniem szkoły średniej, stał się aktywnym uczestnikiem koncertowego żucia klubowego. Na razie jednak artystyczne pasje dzielił po równo z pasjami edukacyjnymi. Stąd też pewnie równolegle do nauki gry rozpoczął studia na wydziale socjologii i historii Uniwersytetu w Jefferson City. Naukowy zapał nie miał jednak trwać zbyt długo. W uniwersyteckim akademiku Jackson dzielił pokój z pianistą Johnem Hicksem. „Na domiar złego”, w szkolnej orkiestrze marszowej, do której Jackson się zgłosił, grał nie kto inny, jak Lester Bowie. Jakby tego było mało, wśród towarzyszy studenckiej niedoli byli też wspomniany już Julius Hemphill i starszy o osiem lat Oliver Nelson.

Przyznać trzeba warunki nieszczególnie dogodne, aby skupić uwagę na lekturze, kolokwiach czy egzaminach. Prędko więc socjologia i historia odeszły w zapomnienie, ustępując miejsca bardzo rozbudowanym zajęciom na scenach nocnych klubów muzycznych.

Następnym etapem musiał być, a jakże Nowy Jork – miejsce o którym marzyli wszyscy poświęcający swe życie jazowej pasji. Zresztą, tam działał już stary znajomy z czasów Jefferson City John Hicks, grający wówczas z samym Artem Blakeyem. On też wprowadził Jacksona do muzycznego środowiska Big Apple. Rekomendacja Hicksa okazała się na tyle dobra, że posypały się propozycje wspólnych koncertów od artystów o ustabilizowanej pozycji na jazzowej scenie: Stanleya Turrentine’a, Jackiego McLeana, Kenny’ego Dorhama, McCoya Tynera, Charliego Mingusa, a nawet Betty Carter. Przede wszystkim jednak od muzyka, którego gra rozpalała wyobraźnię zdeklarowanych miłośników tzw. freejazzu – Alberta Aylera. Współpraca z Aylerem okazała się jednym z ważniejszych etapów muzycznego rozwoju Jacksona. „Albert pomógł mi zrozumieć improwizowaną muzykę free, to dzięki niemu w pełni uświadomiłem sobie, co naprawdę chciałbym robić” – wyznał w jednym z późniejszych wywiadów.

Wypada jedynie ubolewać nad tym, że okres ten jak dotąd nie jest w ogóle udokumentowany płytami. Zachowały się podobno, zdaniem Jacksona jakieś rejestracje na taśmach. Podobno też jakaś ich część została kiedyś wykorzystana, ale przyznam szczerze, że nie słyszałem nic o tym, który label nagrania te upublicznił.

 

 

Tymczasem nastał koniec lat 60. Kolejne lata spędzone w Nowym Jorku upłynęły Jacksonowi głównie na koncertach w miejscowych klubach. Coraz wyraźniej też zaczynały się rysować własne koncepcje nie tylko na grę na perkusji, ale również na muzykę w bardziej ogólnym ujęciu. W tym samym też czasie Jackson rozpoczął czynne praktyki buddystyczne, które to, jak twierdzi, stały się podwaliną jego przyszłej artystycznej wyjątkowości. I tak nastał kolejny ważny etap w jego muzycznym życiu. Spotkanie z Ornette’em Colemanem było przypadkowe, podobnie zresztą jak i nawiązanie z nim współpracy. Zaczęło się od zwyczajnej rozmowy i banalnego pytania o aktualne muzyczne poszukiwania Colemana. Odpowiedź była równie banalna: „szukam perkusisty”. Po niej nastąpiła zwyczajowa, niedająca wielkich nadziei na przyszłość, wymiana kontaktów. A tu następnego dnia zadzwonił telefon z zaproszeniem na próbę.

I tak powstał słynny Prime Time w swym najsłynniejszym składzie, w którym w zależności od potrzeb występowali: Coleman – saksofon altowy, Berne Nix, Charles Ellebee – gitary, Rudy McDaniel lub jak kto woli Jamaladeen Tacuma – gitara basowa, Denardo Coleman – syn Ornette’a  oraz właśnie Ronald Shannon Jackson za zestawem perkusyjnym. Grupa jeszcze w roku powstania przyjechała na koncerty do Europy znacznie bardziej przychylnej nowym muzycznym koncepcjom. Wyjazd zaplanowany był tylko na jeden koncert, a jako bazę wypadową obrano Paryż – ówczesne centrum twórczych fermentów Starego Kontynentu. Pobyt ten jednak znacznie się przeciągnął i z krótkiego wypad przerodził się w ośmiomiesięczne pracowite rezydowanie.

W tym czasie nagrano w paryskim Francis Miamy Barclay Studio legendarną sesję, owocem której była płyta „Dancing In Your Head”. Z muzyki wówczas nagranej dało się potem wykroić jeszcze jeden album, kto wie, czy nie bardziej znany, zatytułowany „Body Mehta”. Aż trudno uwierzyć, że całość tej muzyki nagrana została za pierwszym podejściem. Wszystko, co dobre, jednak się kończy. Po powrocie do Nowego Jorku sytuacja nie wyglądała zbyt kolorowo. Zapotrzebowanie na skomplikowane rytmy Ornette’a  i harmolodyczny system muzykowania okazało się mniej niż znikome. Świat odnajdywał się już w nowej rzeczywistości, której główną rolę odgrywała już muzyka rockowa. Do tego stopnia, że żaden z menedżerów nie był zaintresowany wzięciem zespołu pod swoje skrzydła. Grupa przestała więc istnieć, a drogi Jacksona i Colemana rozeszły się na dobre.

 

Brak jakkolwiek stałego płatnego zajęcia nie zatrzymał jednak Shannona przed rozwijaniem swej muzycznej wrażliwości i dalszym udoskonalaniem obmyślonej jeszcze w czasach Colemanowskich nowej koncepcji gry na perkusji i zmodyfikowania jej roli w zespole. Wycofując się z muzycznej branży, zakładając loft i wyśpiewując swe nieodłączne mantry, Jackson doczekał się kolejnego w swojej karierze fortunnego zrządzenia losu. Wszystko zaczęło się od gościnnego występu z zespołem Bustera Williamsa w dopiero co otwartym klubie Sweet Basil. Gra Shannona spodobała się wówczas na tyle, że zaproszenie ponowiono, tym razem jednak do bodaj najsłynniejszego nowojorskiego jazzowego klubu – Village Vanguard. I tam, w klubowej kuchni, zupełnie przypadkiem akurat zasiadał Cecil Taylor, popijając swoim zwyczajem szampana. W przeciwieństwie do Ornette’a Taylor wcale nie potrzebował nowego perkusisty, nie szukał też nowych wyzwań, leniwie ciesząc się sławą i prestiżem wielkiej jazzowej gwiazdy. Zapytał jednak Jacksona, kurtuazyjnie i raczej od niechcenia, co aktualnie robi. W odpowiedzi Cecil usłyszał śmiałe expose o nowych pomysłach, koncepcjach i poszukiwaniach i o tym również, że w przeciwieństwie do innych to właśnie Jackson wie najlepiej, co zrobić, by zabrzmieć inaczej niż wszyscy. Nazajutrz zadzwonił telefon i bez większych ceregieli Taylor zaproponował, żeby Shannon przewiózł do jego mieszkania swój zestaw perkusyjny, ponieważ chciałby rozpocząć z nim próby. Początkowo tylko w duecie, potem z całą grupą. Choć współpraca tych dwóch artystów trwała zaledwie pół roku, to zaowocowała całkiem pokaźną ilością płyt. W sumie ukazało się sześć, z czego połowa nakładem niemieckiej firmy MPS, założonej przez słynnego promotora jazzu, publicystę i muzykologa Joahima Berendta. Są też jednak i nagrania wydane przez label amerykański, zajmujący się z założenia dokumentacją artystycznej działalności muzyków z USA New World Records - „Cecil Taylor Unnit” i „3 Phasis” oraz koncertowa „One Too Many Salty Swift And Not Goodye”, figurująca w katalogu szwajcarskiej firmy Hat Art. Doświadczenia nabyte podczas pracy z Taylorem okazały się ważnym momentem w karierze Shannona nie tylko z oczywistych muzycznych powodów, ale także dlatego że dały szansę zaistnienia silniej w europejskiej rzeczywistości jazzowej. Wsopmniany Joahim Berendt, któremu widać wyraźnie przypadły do gustu muzyczne poszukiwania Jacksona, pomógł mu skontaktować się z innym gigantem free jazzu – niemieckim wirtuozem puzonu i kompozytorem Albertem Mangelsdorfem. Ich wspólna płyta, pierwotnie wydana na czarnym krążku, nosiła tytuł „Albert Live In Montreux”, potem ukazała się jako część dwupłytowego albumu zatytułowanego „Three Originnals”, a dzisiaj jako część zbiorowej edycji nagrań Mangelsdorfa.

 

Druga połowa i koniec lat 70. upłynęły Jacsonowi na wzmożonej pracy koncertowej i studyjnej, która jednak nie przynosiła praktycznie żadnych finansowych korzyści. Zyski z kolejnych projektów pochłaniały wydatki na kolejne przedsięwzięcia. Jackson jednak nie rezygnował z objętej drogi artystycznej. Zadziwiający był to upór, a z dzisiejszej perspektywy chyba nazwano by go zupełenie irracjonalnym, tym bardziej że ówczesna scena amerykańska zdecydowanie odcinała od wszelkich pomysłów wykazujących znamiona artystycznego ryzyka, pozostawiając upartych twórców samym sobie. A jednak idea skompletowania własnego zespołu całkowicie zawładnęła wyobraźnią perkusisty, co więcej już w samych założeniach miał to ansambl, w którym połączone zostaną zarówno te najpierwsze doświadczenia muzyczne jeszcze z czasów Forth North, jak również te ostatnie, zdobyte w grupach Cecila Taylora. Na urodziny zespołu przyszło jednak jeszcze trochę poczekać. Dopiero w roku 1980 na jazzowej pojawił się dowodzony przez Shannona Decoding Society.


Dlaczego taka właśnie nazwa? Pozwólmy wyjaśnić to samemu Jacksonowi: „Kiedy ja dorastałem nie było żadnych ustalonych kategorii. Nie mówiliśmy, że będziemy grać to czy tamto. Po prostu graliśmy. Graliśmy z natchnienia, z duszy. Moja muzyka zawiera różne wpływy, obejmuje cały wachlarz gatunków: folk, rock, bebop, cool jazz, funk, punk, muzykę marszową i klasyczną. Zastanawiałem się więc, jak można naprawdę to wszystko przekazać... Postanowiłem więc zrobić coś, co odkodowałoby w ludziach poczucie rytmu”. Taki był zamysł, jaki był skutek? Bez wątpienia Decoding Society zaproponowało nową jak na owe czasy muzykę, przyniosło również ożywcze propozycje użycia rytmu jako osi konstrukcyjnej muzyki i skorzystało z nowych twarzy jazzowej sceny. Ani saksofoniści Zanne Massey i Lee Rozie, ani basiści Bruce Johnson i Melvin Gibs, ani także znany dziś z Living Color gitarzysta Vernon Reid nie byli sławni. Nie można też było o nich powiedzieć, że są w swoich kategoriach instrumentalnych wirtuozami, ale do realizacji harmolodycznych marzeń lidera wydawali wprost idealni. Do tego stopnia, że nawet sam Ornette – ostatecznie ojciec światowej harmolodyki – nie mógł wylegitymować się taką jak w Decoding Society różnorodnością wypowiedzi ani oryginalnością muzycznego emploi.

 

Nie wszyscy słuchacze jednak potrafili poradzić sobie z nową muzyką Jacksona. Niełatwo było im przebrnąć przez gęsta fakturę rytmiczną, prowadzone w bliskich dysonansowych interwałach melodie, ostre brzmienie i okrutna dla uszu głośność. Byli też jednak i tacy, którym zespół jawił się jako objawienie niczym dla pokolenia wcześniejszego Weather Raport.

Reputacja Decoding Society z roku na rok stawała się coraz bardziej ugruntowana i nie zmieniały jej liczne roszady osobowe. Działo się tak zapewne ze względu na żelazną konsekwencję w doborze muzyków. Nie warsztat tu decydował, choć właśnie w Deciding Society zaczynał urodzony wirtuoz James Carter, ale umiejętność znalezienia się specyficznej muzycznej rzeczywistości lidera. Artystyczne dokonania do dziś istniejącej grupy są zupełnie dobrze udokumentowane płytami, chyba nawet większość – no może poza najważniejszymi „Nasty” i „Street Priest” – jest dostępna w wersji kompaktowej.

Jeśli pamięć mnie nie myli, ostatnia płyta zawierająca nowy materiał muzyczny i sygnowana nazwiskiem Ronalda Shannona Jacksona wydana została prawie 20 lat temu i nosiła tytuł „Shannon’s House”, a potem – cisza, żadnych nowych płyt, za to całe morze reedycji, przypominających jednak dawniejsze, zapewne lepsze czasy w karierze Jacksona.

Jak więc zabrzmiała muzyka Jacksona na początku nowego stulecia? Nam akurat nie dane było się dowiedzieć. Bo na wspomnianej we wstępie płycie „Tabligh” Wadady Leo Smitha Jackson objawia się tylko jako wielki szaman perkusji. Dla miłośników jego perkusyjnego talentu to i tak wiele znaczy ponieważ bądź co bądź to jeden z najważniejszych perkusistów w całej historii gatunku.