Standardy istnieją chyba tylko po to, żeby zagrał je kiedyś Ahmad Jamal

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

„Zwykle ćwiczę przy otwartych drzwiach. Zawsze tak grałem, licząc że ktoś będzie przechodził i mnie odkryje” – wyznał kiedyś Ahmad Jamal. Na swoją szansę musiał poczekać, ale w 1950 roku, podczas występu w nowojorskim klubie Embers, zobaczył go John Hammond, odkrywca talentów Billie Holiday i Counta Basiego. Hammond zaoferował Jamalowi kontrakt z filią wytwórni Columbia rozpoczęła się długa i bogata kariera muzyczna Ahmada Jamala, ulubionego pianisty Milesa Davisa; muzyka, o którym Stanley Cruoch powiedział, że jest najbardziej wpływową postacią w historii jazzu, po Charliem Parkerze, jednego z największych innowatorów jazzowej pianistyki, którego twórczość w znacznej mierze ukształtowała muzyczne umysły Billa Evansa, Herbiego Hancocka czy McCoya Tynera. Zaczęła się od grania przy otwartych drzwiach.

Jamal urodził się w 1930 roku i od trzecich urodzin zaczął być szkolony muzycznie przez rodzinę. Zaczął grać, gdy skończył 3 lata, podjął formalną naukę w wieku 7 a mając 11 lat występował już publicznie. Po zakończeniu oficjalnej, administracyjnej edukacji, zaczął jeździć po Stanach Zjednoczonych grając w big-bandach. 17-letni Jamal był chwalony nie tylko przez nauczycieli w szkole ale również przez swoich własnych bohaterów – między innymi Arta Tatuma, który określił młodego pianistę jako wielki talent. Nie pomylił się. Wychowany i wyedukowany formalnie na europejskiej muzyce klasycznej, Jamal odkrył jazz za pośrednictwem Earla Hinesa, Mary Lou Williams i Earla Garnera i poświęcił mu swoją karierę. Przybył do Nowego Jorku, gdzie nie wpisywał się jednak w ogólny koloryt muzyczny. W mieście panował be-bop, Charlie Parker, Dizzy Gillespie i Bud Powell. A Jamal nie był zainteresowany wyścigami – tak właśnie widział be-bop, jako popis szybkości, szaleńczy wyścig na złamanie karku. Jego styl gry już wtedy przypominał francuski impresjonizm, później przyjęty na potrzeby cool-jazzu. Jamal nie zamierzał popisywać się techniką i szybkością, stawiając akcent na samo brzmienie akordu, czas jego trwania i przestrzeń którą wyznaczał. Można by przyrównać go do malarza, dbającego raczej o intensywność koloru niż o precyzyjnie wytyczony kształt malowanego obiektu. Młody, ledwo dwudziestoletni, pianista nie zdobywał fanów swoim podejściem do jazzu. Często określano go w tamtym czasie jako koktajlowego grajka, który nie imponuje szybkością i wirtuozerią, jak „prawdziwi” pianiści. Choć z łatwością mógł przestawić się na grę szybszą, bardziej efektowną, Jamal pozostał wierny swoim przekonaniom w prymat refleksji i jakości nad prędkością wykonania.

W 1951 roku Jamal zaczął pisać własne utwory. Rozpoczął nagrywanie dla Okeh Records (później również Chess) a w 1958 roku nagrał swoją, być może, najważniejszą płytę, „But Not For You”, zapis koncertu w klubie muzycznym mieszczącym się w chicagowskim Pershing Hotel. Album królował przez kilka tygodni na listach przebojów i stał się jedną z najlepiej sprzedających się płyt w historii jazzu, a utwór „Poinciana” radiowym przebojem. Kariera pianisty rozkwitła – współpracował z młodym trębaczem Milesem Davisem, który tak ukochał sobie grę Jamala, że gdy chciał wytłumaczyć innemu wielkiemu pianiście, Redowi Garlandowi, na jakim poziomie oczekuje od niego gry, mówił, że trzeba to zagrać „jak Ahmad Jamal”. Pozwalając akordom wybrzmieć, kładąc akcent przede wszystkim na przestrzeń między dźwiękami, Jamal nie przypominał w niczym pianistów jak Powell. Nie zamierzał się z nikim ścigać, skoncentrowany na wypracowaniu przestrzeni dla dialogu pianina z sekcją. Osiągnął to porozumienie między instrumentami; w trio Ahmada Jamala nie było lidera, wszyscy byli na równych prawach. Z efektów pracy Jamala w późniejszych latach garściami brać będzie Bill Evans przy pracy ze swoim trio.

„Ludzie nazywają to przestrzenią, ale ja nazywam to dyscypliną. Jestem bardzo zdyscyplinowany jako muzyk i uważam, że jedną z najważniejszych rzeczy w graniu jest umiejętność wyczucia, kiedy się przesadza. Czasem trzeba być minimalistą” – wyznał Jamal. To podejście przyniosło mu unikatowy, rewolucyjny styl gry, z którego korzystają pianiści do dziś. Dyscyplina w tym wydaniu to uważanie na swoje słowa. Każde z nich. Każde jest równie ważne i w równym stopniu składa się na całość opowieści. Jamal wspominał Bena Webstera, którego miał okazję oglądać w grze. Webster grał smutną balladę, grał pięknie ale nagle urwał. „Dlaczego przestałeś?” – zapytał zdziwiony Jamal. „Zapomniałem słów” – odpowiedział saksofonista. Jamala nie pociągała ornamentyka, błyskotki i efektowne fikołki, zależało mu na samym sednie sprawy a do niego, jak wiadomo, trzeba się dokopywać. Ale akurat Ahmad Jamal jest przygotowany na długotrwałą, żmudną pracę. „Codziennie wstaję o 5 rano na modlitwę” – opowiada pianista. Dyscyplinę duchową narzucił sobie nie tylko w muzyce ale i w życiu, przechodząc w lata 50. na islam, podczas jednej z wizyt w Detroit, gdzie natknął się na muzułmanów. „Chcę ustanowić na nowo swoje własne imię” – tłumaczył zmianę nazwiska z Jones na Jamal.

Dziś Ahmad Jamal ma 85 lat. To dla artysty bardzo trudny wiek, w którym łatwo może zamienić się we własną karykaturę i rozmienić na drobne. Ahmad Jamal ma 85 lat, ale myślę, że tak naprawdę ma kilkadziesiąt mniej. Zawsze trudno przychodzi zapoznawanie się z nową płytą lubianego, ale wiekowego już, artysty. Często towarzyszy temu nieprzyjemne poczucie obawy przed rozczarowaniem. Ostatnie dzieło ręki Jamala, płyta „Blue Moon” to zupełnie inna sprawa. Od pierwszych dźwięków „Autumn Rain” panuje spokój i poczucie pewności. Ahmad Jamal nie zawodzi, jest błyskotliwy w każdym calu. Udowadnia, że nie ma dla niego barier wieku a jego kreatywność znajduje coraz nowsze drogi ujścia. Standardy istnieją chyba tylko po to, żeby zagrał je kiedyś Ahmad Jamal. Sprawia on, że te dobrze znane utwory po prostu przestają być standardami i stają się jego własnymi, zupełnie osobistymi kompozycjami. To samo sedno sprawy jeśli idzie o kreatywność - wycisnąć coś, z czego na pozór trudno już coś wyciskać.