Sonny Simmons - jak feniks z popiołów

Autor: 
Piotr Wojdat
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

“Od zawsze dużo bardziej inspirowała mnie natura niż konkretni muzycy. Wyjątkiem był Charlie Parker, bo brzmiał dla mnie niczym ptak” - tak Sonny Simmons w dosyć przewrotny sposób opowiadał o tym, co wywarło na nim największy wpływ w wywiadzie udzielonym serwisowi muzycznemu All About Jazz. Z drugiej jednak strony słowa wypowiedziane przez tego amerykańskiego saksofonistę można traktować zupełnie na serio, wszak urodził się na głębokiej prowincji, z dala od cywilizacji, w małym miasteczku w stanie Luizjana. Dopiero potem przeniósł się do Kalifornii do Oakland, gdzie rozpoczął naukę gry… na rożku angielskim.

W wieku 16 lat zdecydował się jednak ostatecznie na saksofon altowy i już wraz z początkiem lat 60. stał się jedną z najbardziej cenionych postaci raczkującego free jazzu. Odpowiedni status na scenie muzycznej osiągnął dzięki współpracy z gigantami muzyki synkopowanej. Z Erickiem Dolphym jako sideman nagrał znakomite płyty “Iron Man” oraz “Conversations”, które ukazały się w 1963 roku. Niemal równolegle nawiązał współpracę z członkami klasycznego kwartetu Johna Coltrane’a - perkusistą Elvinem Jonesem i basistą Jimmy’m Garrisonem. Nakładem Impulse! wydali nie mniej ważne “Illumination”.

 

Lata 60. w przypadku Sonny’ego Simmonsa stały także pod znakiem jego współpracy z flecistą Princem Lashem. Panowie znaleźli niemal wspólny język, co przełożyło się na dwie płyty nagrane w różnych składach osobowych. “The Cry!”, które w moim przekonaniu wydaje się albumem lepszym od następcy, ukazało free jazz jako muzykę zbalansowaną, między tym, co poszukujące, a tym, co stosunkowo przystępne. Ciekawym rozwiązaniem zastosowanym przez Simmonsa i Lasha było zaproszenie do studia nagraniowego dwóch basistów: Gary’ego Peacocka i Marka Proctora.

 

“Firebirds” z 1968 roku to płyta bardziej zróżnicowana brzmieniowo. Specjalnie na potrzeby tego nagrania Sonny Simmons oprócz saksofonu altowego, na którym grał regularnie, odkurzył swój pierwszy instrument - rożek angielski. Na sesję zaproszono także wibrafonistę Bobby’ego Hutchersona, będącego w tym czasie u szczytu formy i mającego za sobą wydanie arcydzieła w barwach Blue Note, jakim niewątpliwie było “Dialogue” z 1965 roku.

Mniej więcej od połowy lat 60. Sonny Simmons rozpoczął nagrywanie płyt jako lider. W początkowej fazie kariery związał się z kultowym ESP Disk, nowojorskim labelem, szerzącym artystyczną wolność w każdej postaci. W barwach wytwórni ukazały się dwa albumy Simmonsa: “Staying On The Watch” (1965) oraz “Music From The Spheres” (1968). Szczególnie ten drugi zwrócił uwagę słuchaczy i krytyków. Pasja, bezkompromisowość, a także linie melodyczne kojarzące się z uduchowionymi utworami Pharoaha Sandersa czy Johna Coltrane’a, w ostatecznym rezultacie zaowocowały jedną z najlepszych płyt w dyskografii bohatera tego artykułu.

 

Aż do początku lat 70. Sonny Simmons zapowiadał się na postać, która w jazzie może osiągnąć naprawdę wiele. Po zaledwie jednej dekadzie artystycznej aktywności mógł się pochwalić współpracą z wybitnymi muzykami w rodzaju Elvina Jonesa, czy Erica Dolphy’ego. Miał też za sobą kilka ważnych płyt jako lider. No i, co chyba najważniejsze w tym wszystkim, ukształtował charakterystyczne brzmienie, będące wynikiem podążania free jazzową ścieżką, z wciąż pozostającym gdzieś w tyle głowy bebopem Charliego Parkera. Niestety, na jego drodze stanęły problemy natury osobistej. W tym czasie rozstał się z trębaczką Barbarą Donald, z którą we wcześniejszych latach dzielił również scenę.

 

Sonny Simmons lata 70. i 80. spędził jako bezdomny na ulicach San Francisco. Słuch o nim zaginął, choć podobno muzyka towarzyszyła mu i w tym, jakże trudnym dla niego czasie. Wraz z początkiem lat 90. znalazł jednak w sobie tyle siły i determinacji, by powrócić na scenę. Po życiowej katastrofie, która go spotkała, podniósł się w naprawdę wielkim stylu. Sporym echem odbiła się płyta z 1992 roku zatytułowana “Ancient Ritual”. I co ciekawe album nagrał w trio z basistą Charnettem Moffett oraz synem Zarakiem Simmonsem na perkusji.

Obchodzący swoje urodziny z 4 sierpnia znakomity altowy saksofonista pozostaje aktywny aż po dziś dzień. W 2004 roku gościł w Polsce na dwóch koncertach z zespołem The Cosmosamatics (w Krakowie i Gdańsku). Polskie akcenty można znaleźć także w jego dyskografii. Wytwórnia Not Two wydała dwie płyty tego samego składu, który wystąpił w naszym kraju. Warto po nie sięgnąć.