Peter Brötzmann - muzyka która miażdży

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
Krzysztof Machowina
Kirill Polonsky
Ziga Koritnik

Peter Brötzmann jest artystą. Kartezjańskim umysłem, nie ograniczającym się zaledwie do produkcji muzyki. Myśl brötzmannowska wykracza daleko poza dźwiękowe rejony obejmując świat malarstwa, filozofii i literatury. Niemiec przypomina raczej osobistości kultury pokroju Johna Cage'a czy Ornette'a Colemana niż typowego instrumentalistę czy muzyka. Dodatkowy kłopot z klasyfikowaniem go jako saksofonistę polega na tym w jak ekscentryczny sposób Brötzmann instrumentu używa. Kilka lat temu miałem okazję przekonać się o sile jego brzmienia na własnej skórze. Doświadczanie muzyki Petera Brötzmanna jest doświadczaniem nie tylko rozumowym ale również cielesnym. Brzmienie jest zbyt silne żeby dało się go słuchać w spokoju i bezpieczeństwie.

Peter Brötzmann jest godnym spadkobiercą tradycji Alberta Aylera. Barwa jego saksofonu jest tak wyrazista, że obrasta w ciało i staje się namacalna, zupełnie rzeczywista. Da się jej dotknąć. Muzyka tego niemieckiego artysty przypomina dźwięk ludzkiego krzyku. Włosy stają dęba. Albert Ayler wyrządził jazzowi wiele niezamierzonego złego odbierając zastępom młodych muzyków własny głos. Podobnie jak Charlie Parker czy John Coltrane. Przez pewien czas trudno było znaleźć saksofonistę, którego gra nie przypominałaby do złudzenia i znudzenia brzmienia Aylera. Mnóstwo małych Aylerów wyrosło jak grzyby po deszczu i nic nie dało się poradzić. Wszędzie było tylko głośno i krzykliwie. Peter Brötzmann okazał się uczniem bardziej błyskotliwym niż większość. Jego muzyka, choć oczywiście zapatrzona w Aylera, charakteryzowała się nie tylko samą siłą ale również – o dziwo – melodycznością. Da się wyciągnąć z brötzmannowskiego chaosu coś więcej. Niemiec nie stawia tylko na nihilizm i destrukcję. Prędzej dekonstrukcję – sprowadzanie do elementów pierwszych i budowanie na nowo. Choć niejednokrotnie może wydawać się inaczej – jest cel. O coś chodzi.

Nie do końca słuszne wydaje mi się porównywanie Brötzmanna z innymi muzykami. Jeszcze zanim położył ręce na saksofonie zajmował się malarstwem. Zaangażował się duchem i ciałem w ruch Fluxus – obejmujący różne sfery działalności artystycznej: szeroko pojętą „sztukę wizualną”, literaturę i muzykę. Jego duchowymi braćmi zostali John Cage, George Brecht i Marcel Duchamp.  Nazwę wymyślił George Maciunas, amerykański artysta litewskiego pochodzenia, mając zamiar nazwać w ten sposób gazetę, którą chciał wydawać. Fluxus zajmował się ogólnie eksperymentowaniem ze sztuką wszelaką na wszelkie dostępne sposoby. Gustował w happeningach i raczej luźnym podejściem do tradycji. Tak się składało, że Brotzmann również. Nazwa „Fluxus” nawiązuje do zmiany, pochodząc od łacińskiego słowa oznaczającego „płynięcie”. Ruch nie wykrystalizował sobie nawet manifestu – byłoby to sprzeczne z jego ideami. Nawet nazywanie Fluxusu „ruchem” stoi w opozycji do wartości przezeń reprezentowanych. „Ruch” i „manifest” oznacza unifikację i ujednolicenie pod dachem ideologii. Happeningi i wydarzenia, opisywane w czasopiśmie Maciunasa nie były ze sobą powiązane, nie stanowiły spójnego światopoglądu. W takiej atmosferze dorastał Peter Brotzmann i zajmowało go raczej studiowanie malarstwa niż jazz, choć od piętnastego roku życia zbierał doświadczenie grając dixie na pianinie. Aż w 1959 roku zobaczył na własne oczy Sidneya Becheta, który akurat występował w Wuppertal, gdzie młody artysta studiował. Ten wieczór odmienił jego życie. Brotzmann wrócił do domu, podreptał niespokojnie między obrazami i postanowił nauczyć się grac na saksofonie. Był już bardzo zmęczony i zirytowany światem „wielkiej sztuki” - marszandów, galerii i historyków sztuki. Potrzebował odmiany - Peter Brotzmann nauczył się grać na saksofonie bez niczyjej pomocy. W 1967 roku zadebiutował albumem „For Adolphe Sax” w asyście wirtuozów: kontrabasisty Petera Kowalda i perkusisty Svena – Ake Johanssona.


Ziemia poruszyła się w 1968 roku – Europą targały kolejne studenckie rewolucje. Brötzmann nie wyjechał do Stanów Zjednoczonych, jak wielu innych europejskich muzyków. Postanowił zostać i dołączyć się do kontynentalnego ruchu awangardowego. Gdy płonęły paryskie uniwersytety, wszedł do studia by zarejestrować w oktecie jeden z najważniejszych freejazzowych albumów - „Machine Gun”. “My wszyscy mieliśmy nadzieję, że możemy zmienić społeczeństwo, uczynić go lepszym. (...) Ruch komunistyczny był przez nas rozumiany jako rodzaj idealnej wizji ludzkiego społeczeństwa, do której należy dążyć. Z tak pojmowanym komunizmem europejski free jazz był wówczas bardzo mocno związany” - wspominał dawne czasy, śmiejąc się z własnej naiwności, która skusiła go – jak wielu innych intelektualistów – do zaufania ideologii.

Trudno uwierzyć, że zanim ta płyta trafiła do poważnej wytwórni, muzycy osobiście sprzedawali ją na koncertach. Dla mnie jest to kwintesencja Brötzmanna – chaos, klaustrofobiczne poczucie zagrożenia a jednak potworne dźwięki jakie saksofonista z siebie wydaje (na serio przypominają serię z karabinu) są pociągające i nie są wyrazem jedynie negatywności. Muzyka jest agresywna, napastliwa i po prostu zwala z nóg. Nie ma być przyjemna i podobać się – ma zmuszać do pomyślenia szerzej o granicach sztuki i muzyki. Od sesji z maja 68' minęło mnóstwo czasu. Świat muzyczny się zmienił, poznał swoje bardziej awangardowe oblicze i zdążył się z nim oswoić. Jednak nawet w 2012 roku „Machine Gun” po prostu miażdży swoją siłą wyrazu.

Kolejne lata muzycznej działalności Brötzmanna udowadniały, że nie ma takiej bariery, której saksofonista nie mógłby obalić. Współpracował z ogromną ilością największych muzyków – między nimi znajduje się Cecil Taylor czy Alexander Schlippenbach, Don Cherry, Anthony Braxton czy Bill Laswell.  W 1986 roku wszedł w skład zespołu Last Exit (Brötzmann-Laswell-Sonny Sharrock-Ronald Shannon Jackson) wykonujący coś co można by (ale nie trzeba) nazwać jazz-metalem. Siła wiary i zaufania w improwizację była głównym napędzającym czynnikiem zespołu. Doszło do tego, że na koncercie w Zurychu zagrali materiał w całości improwizowany, bez jakichkolwiek prób (czyli jednak da się!)

“Idea znoszenia granic pomiędzy sztuką a rzeczywistością, znaczny udział widzów w procesie kreacji artystycznej, wreszcie poszukiwanie drogi w mieście, życiu, kulturze - to wszystko było dla mnie nowe i fascynujące.” - tłumaczył Brötzmann.
Z dzisiejszej perspektywy wpływ Brötzmann na rozwój jazzu awangardowego wydaje się niepodważalny. Nawet jeśli umniejszy się wartość jego twórczości (wielu tak czyni) mówiąc o powtarzalności i wałkowaniu tego samego (wielu tak mówi) – nie da się nie docenić wpływu tego artysty na intelektualne życie jazzowego środowiska w Niemczech a nawet całej Europie. Przypomina brodatego profesora, który wszystko przeżył, wszystko pojął i przetrawił a teraz służy radą. Mobilizuje do pracy, udowadnia że łączenie dyscyplin nie musi prowadzić koniecznie do bałaganu i bełkotu. Jest prawdziwym  wieszczem, z którego obecności trzeba się cieszyć, nawet jeśli się ją krytykuje. Udowodnił również, że w dobie skomercjalizowanego i korporacyjnego świata muzycznego biznesu można pozostać nieugiętym i jeszcze wyjść na tym dobrze. Brötzmann nadał jazzowi mentalność rebeliancką – występując przeciw wielkim pieniądzom i ingerencji biznesu w proces twórczy. Trzeba mieć kawał charakteru.

Peter Brötzmann Chicago Tentet, photo by Ziga Koritnik