The Passion of Charlie Parker?

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 

Charlie Parker – gigant, geniusz, innowator, mistrz saksofonu altowego, twórca tego co przyzwyczailiśmy się nazywać nie tylko be-bopem, ale w ogóle jazzem nowoczesnym. Wśród wielu funkcjonuje cezura dzieląca jazz na ten zanim pojawił się Parker i ten, który pojawił się po nim. Wiemy doskonale, że Bird odszedł przedwcześnie (dwa lata temu obchodziliśmy 60 rocznicę jego śmierci), że pokonały go narkotyki i alkohol, które pokochał znacznie bardziej niż życie i że pośród tego co kochał, muzyka była zdecydowaniu na szczycie podium. I jak to dzieje się z geniuszami, których już nie ma od zawsze, zadajemy sobie pytanie jak graliby gdyby żyli, jaką muzykę tworzyliby nim ich czas dobiegł końca?

Choć gra Charliego Parkera od zawsze i pewnie na zawsze wpływać będzie na kolejne pokolenia muzyków i jego wpływu na muzykę nie sposób podważać, pytanie to wydaje się szczególne a możliwe odpowiedzi intrygujące. Tym bardziej, że Bird, czego dowodzą wywiady z nim, miał wielkie plany co do swojej muzyki i co do siebie jako jej twórcy.
Chciał nie tylko tworzyć na orkiestry smyczkowe, co z resztą mu się udało, ale również, nie tylko fascynować się muzyka współczesną ot choćby Igora Stavińskiego, ale również ją studiować. Wspominał nie raz, że chętnie podjąłby nauki u Edgara Varese czy Nadii Boulanger. Nie podjął ich jednak, w przeciwieństwie do milionów ludzi, którzy możliwości studiowania czego tylko chcą mają pod dostatkiem i którzy z parkerowską spuścizną mierzą się jak z prawdziwy patriota z Bitwą Pod Grunwaldem.

Utwory Charliego Parkera zagrane zostały niezliczoną ilość razy. Na nich uczy się jazzu od Katowic po Berkeley. Wrosły w jazzową tkankę mocno i wiążą się z nią nierozerwalnie. Kto nie nosi w sobie mniej lub bardziej wyraźnych śladów fascynacji Birdem? Kto nie podziwia jego kunsztu, nowatorstwa i bajecznej narracji jaką tworzył ilekroć wkładał sakfon do ust? Nic zatem dziwnego, że, szczególnie przy jubileuszowych okazjach, producentom przychodzi do głowy po raz kolejny zmierzyć się z jego muzyką.
Ostatnio taki zamiar podjął zarząd Impulse!, nie mający jak dotąd na polu krzewienia parkerowskiego dorobku osiągnięć spektakularnych. Może też waśnie dlatego misję powierzono, pewniakowi, ex-męzowi Joni Mitchell, Larry’emu Kleinowi, dzisiaj słynnemu producentowi, a niegdyś basiście, który sporo czasu spędził w towarzystwie tak wielkich muzyków jak Wayne Sorter, Carmen Marce, Joe Henderson, Bobby McFerrin czy Herbie Hancock czy Bob Dylan czy Peter Gabriel.
„Chcieliśmy pracować z muzyką Charliego Parkera, nie tak aby odtworzyć styl i konwencję muzyki lat 40. i 50, ale tak by stworzyć muzyczny język, jakim czujemy, że Parker wypowiadałby się dziś, gdyby żył i wciąż tworzył.”

Z tego też zapewne powodu w gronie muzyków pracujących nad płytą „The Passion of Charlie Parker” znaleźli się muzycy, o których sam Klein, ale nie tylko on, zwykł mawiać, że należą do grona najważniejszych przedstawicieli tzw. forward thinking arstists. Z znacznej mierze rzeczywiście wybór sidemanów kryterium to spełnia, bo są tu znakomici drummerzy Mark Giuliana i Eric Harland, są Larry Grenadier w dwóch utworach oraz Scott Volley – jeden z najbardziej kompetentnych kontrabasistów na rynku, wyborny gitarzysta Ben Monder, a także grający na fortepianie, wurlitzerze i organach Hammonda Craig Taborn muzyk zasługujący na to miano chyba najbardziej ze wszystkich uczestników. I pewnie tylko przypadkiem lista ta uzupełniona jest nazwiskiem w ostatnich latach głośnym niekoniecznie z powodu jego stricte jazzowych konotacji, co przede wszystkim w uwagi na jego mariaż ze światem muzyki popularnej. Fakt, tej z najwyższej półki, ale jednak. Jak inaczej bowiem powiedzieć Donnym McCaslinie saksofoniście odpowiedzialnym za brzmienie bandu na ostatniej płycie Davida Bowiego. Jak wiadomo Verve to koncern mający zarabiać pieniądze i od jakiegoś czasu dość ostentacyjnie poszukujący sposobu, aby ów „cash flow” zabezpieczyć.
Jasnym staje się zatem, że tworząc płytę zadedykowaną Charliemu Parkerowi trzeba sięgnąć przede wszystkim po osoby mogące potencjalnie nie tylko ubogacić katalog firmy, ale również zasilić stan aktywów.

Do tego celu, jak zapewne wynika z badań rynku, najlepiej nadają się wokaliści i wokalistki. Spośród dwunastu utworów na płycie dziesięciu użyczają głosów takie postaci jak: Madeleine Peyroux, Susana Souza, Barbara Hanningan, Kandence Springs czy Melody Gardot oraz męska załoga z Gregory Porterem, Kurtem Ellingiem i Jeffreyem Wrightem, któremu przypadły do zaśpiewania dwie parkerowskie kompozycje.

Z listy nazwisk, zwłaszcza damskiej części gości, można wysnuć wniosek, że najlepiej odwołać się do wokalistek niekoniecznie działających w stylistyce jazzowej. I może to dobry pomysł, bo ostatecznie fani wspomnianych pań widząc, że ich ulubienice rozprawiają się z klasykiem be-bopu, może nie odrzucą płyty w przedbiegach, a wręcz przeciwnie sięgną po nią jak po każdy przejaw artystycznej aktywności swoich heroin. Z panami na takie eksperymenty nie ma co się silić. Tutaj teren podzielony jest pomiędzy dwóch lwów, starszego o nieco stępionych już zębach i młodego który z niewątpliwym wdziękiem kładzie świat na kolana i timbrem głosu, i techniką, i swobodą. Nie wiadomo co tylko z perspektywy wokalistyki robi aktor Jeffrey Wright, ale jak dobrze się zastanowić to właśnie jego spośród wszystkich gości na płycie rozpoznaje najwięcej ludzi. Ostatecznie nie ma czemu się dziwić, Wright zagrał w dwóch Bondach, w trzech częściach Igrzysk Śmierci no i w znakomitym i cieszącym się znakomitą oglądalnością serialu telewizyjnym West Word. Ku mojemu zaskoczeniu jednak to właśnie utwory z udziałem Wrighta pozostają w pamięci najdłużej, a szczególnie jego interpretacja „Segments”.

A co z pozostałymi kompozycjami? Jest tu przecież kilka wielkich parkerowskich kompozycji jak Ornithology, Yardbird Suite, Moose the Mooche, Bloomdido czy Scrapple from the Apple. Otóż w największym skrócie nic. Szukam słów, które miałby opisać to co dzieje się na płycie i jedyne co przychodzi mi do głowy to właśnie NIC. Chyba, że będziemy czarować się znakomitym wykonaniem, predyspozycjami instrumentalnymi muzyków, ich warsztatem, horyzontem, swobodą, znajomością różnych konwencji wykonawczych oraz jakością produkcji czy kunsztem nagrania. Wówczas mamy płytę co się zowie i dodatkowo spełniającą, najbardziej wyświechtany komunał, który wcale niewykluczone, że pojawił się już w jakichś tekstach o „The Passion Of Charlie Parker” czyli - album przepisuje na język czytelny dla współczesnego słuchacza wielką sztukę legendarnego saksofonisty.
W moim odczuciu nie przepisuje niczego, ani twórczości Parkera, ani na język zrozumiały dla współczesnego odbiorcy. W ogóle też nie za bardzo też dotyczy tego co robił w swoim krótkim życiu Parker. Wręcz abstrahuje od tego w sposób spektakularny. Chyba, że znowu zadowolimy się tym, że płyta składa się z utworów Parkera i tym, że producent miał z Parkerem związaną ogólną wizję płyty.

Choć przyjemnie słucha się tego albumu, a czasami, szczególnie gdy wkracza Jeffrey Wright, nawet bardzo przyjemnie, to ni jak się ma ona do istotnej dyskusji nad twórczością Birda. Owszem, zgodnie z intencjami producenta, wykracza ona poza konwencję z lat 40. i 50. ale na miły Bóg, sto razy więcej ciekawych rzeczy powiedział o Parkerze przed laty Jackie Mclean, potem Phil Woods, Anthony Braxton czy całkiem nie tak bardzo dawno wielki Joe Lovano, gdy nagrywał swoją parkerowską płytę dla Blue Note. Żaden z nich nie obiecywał złotych gór, ale dał więcej niż Larry Klein w tej superprodukcji. 

Powiecie, że czepiam się jak świr, chce nie wiadomo czego, nic mi się nie podoba i bez przerwy szukam we wszystkim dziury w całym. Tak! Czepiam się, marudzę i utyskuję, bo naprawdę sądzę, że płyty warto nagrywać tylko wówczas jeśli jest pomysł na muzykę, a nie zawsze ilekroć, jak powiedział kiedyś słynny polski muzyk jazzowy, jest pomysł na koncepcję. Inaczej, jeszcze dotkliwiej zaleją nas albumy, z brzmienia, jakości, wizji i polotu podobne do NICZEGO. Świetnie zrobione, ale nie dające się zapamiętać.
Czy naprawdę w Impulse! Uwierzyli, że  ktoś kto choć trochę interesował się Parkerem i jego muzycznym dorobkiem uwierzy, że proponowana przez firmę wizja muzyki Birda ma z nim coś wspólnego?