Ojciec nas wszystkich - 111 urodziny Chicka Webba

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

„To ojciec nas wszystkich!” - miał powiedzieć o nim Buddy Rich. Do pozostawania pod jego wielkim wpływem przyznawali się Duke Ellington, Gene Krupa, Art Blakey czy Louie Bellson. Ojcem wszystkich jazzowych perkusistów jest William Henry Webb, znany jako Chick Webb.

Los nie był zbyt łaskawy dla Williama. Urodził się z wrodzoną chorobą kręgosłupa, która uczyniła go kaleką. Był garbatym karłem. W dodatku był czarnym, garbatym karłem, a gdzie sięgał wzrokiem, widział rasistowską Amerykę początku XX wieku. Poddawany był wciąż oględzinom lekarzy i różnym terapiom mającym uleczyć jego chore ciało. W takiej atmosferze dorastał młody muzyk. I przyszedł wreszcie najważniejszy dzień w życiu Williama Webba, gdy pewien doktor zalecił mu grę na perkusji, jako formę terapii mającej ożywić jego sztywne kończyny. William rozwoził poranne gazety tak długo, aż uzbierał na prosty zestaw perkusyjny. Gdy skończył siedemnaście lat, grywał już w nowojorskich klubach Black Bottom czy Paddock. William zaczął stawać się Chickiem. Gdy talent młodzieńca dostrzegło czujne oko Duke'a Ellingtona, jasne stało się, że wielka kariera perkusisty-karła to tylko kwestia czasu. Duke zachęcił Chicka do założenia własnego zespołu - Harlem Stoppers. Chick oczywiście posłuchał. Kto mógłby nie posłuchać Duke'a Ellingtona? Harlem Stoppers zaczęli grywać regularnie w nowojorskich lokalach, by po kilku latach przekształcić się z kwintetu w wielką fantastyczną Chick Webb Orchestra.

Savoy Ballroom, legendarny lokal w Harlemie, został otwarty dwunastego marca 1926 roku na Lenox Avenue. Lokal znany był jako „Home of Happy Feet”, słynny ze swoich imprez tanecznych. Panowała tu inna polityka rasowa niż w Cotton Clubie, przeznaczonym wyłącznie dla białych, zamożnych panów. Savoy Ballroom był lokalem otwartym, integrującym, gdzie można było zobaczyć czarne dziewczyny tańczące z białymi facetami. Taki widok nikogo tam nie dziwił. Savoy Ballroom był również bazą orkiestry Chicka Webba. To tu zdobyli renomę jednego z najlepszych (według wielu, najlepszego) zespołu w Nowym Jorku, a może i w całych Stanach Zjednoczonych. Chick nazywany był „Królem Savoy”.

Webb zasłużył sobie na ten tytuł. Wyznawał filozofię, że gdy już występuje się przed ludźmi, trzeba dać z siebie absolutnie wszystko, co się ma, jeśli ma to mieć sens. Niezależnie od okoliczności, Chick kończył występ półżywy, skrajnie wycieńczony. Według legendy (a jest to jedna z tych legend, w które po prostu chce się wierzyć), bęben basowy perkusisty trzeba było przymocować na stałe do parkietu na scenie Savoy. Chick uderzał tak mocno, że jego zestaw czasami prawie jeździł po scenie. W modzie były wówczas pojedynki swingowych orkiestr, odbywające się tradycyjnie właśnie w Savoy. Takie pojedynki toczyli między sobą najwięksi – Benny Goodmann, Count Basie, Lloyd Scott czy Fletcher Henderson. Bili się o poczucie wyższości i pierwszeństwo. Najsłynniejsza potyczka odbyła się w 1937 roku, gdy na scenie Savoy Ballroom zmierzyły się orkiestry Benny'ego Goodmana i Chicka Webba. Podobno cały Harlem żył tym wydarzeniem. W dniu pojedynku atmosfera była ponoć elektryczna, jak przed walką bokserską. Sama walka również musiała być epicka. Przez długi czas wyglądało na remis, jednak Webb znów poderwał swoją drużynę do ostatniego zrywu. Goodmanowi nie starczyło siły. Był wykończony. Ociekający potem Gene Krupa był kompletnie oszołomiony wytrwałością i siłą swojego nemesis. To musiała być walka: Krupa vs. Webb!

Webb prowadził swoją orkiestrę od zwycięstwa do zwycięstwa. Nie przestał również pracować nad ulepszaniem swojego zespołu. Chick Webb wyposażył się w filozofię życiową nakazującą mu nieustanną pracę. Coraz więcej muzyków zabiegało o możliwość choćby tymczasowego grania z perkusistą. Chick stał się legendą już za życia.

Pewnego razu, po koncercie, do garderoby zakradła się młoda dziewczyna. Była wokalistką i od dawna marzyła o występowaniu w Savoy u boku Webba. Wkradła się do środka z silnym zamiarem zaciągnięcia muzyka do łóżka. Przez łóżko na scenę. Chick odmówił zaszczytu i skoncentrował się na muzycznej stronie całej sprawy. Zatrudnił dziewczynę. Nazywała się Ella Fitzgerald. Wokalistka na każdym kroku podkreślała wielką rolę, jaką w jej życiu odegrał Webb. Wielki hit „A Tisket – A Tasket”, skomponowała dla niego, gdy cierpiał bóle z powodu wrodzonej choroby.

„A Tisket - A Tasket” niestety nie pomogło wystarczająco. Nawet piękny głos Elli Fitzgerald nie był w stanie uratować słabnącego Webba. Mimo wzmagających się problemów ze zdrowiem Chick nie przestawał koncertować, wykluczał odwołanie występu i za każdym razem kompletnie spalał się na scenie. Zależało mu nie tylko na muzyce, ale również na utrzymaniu zatrudnienia w czasach Wielkiego Kryzysu.

W 1939 roku sprężyna pękła i Chick Webb zmarł po operacji kręgosłupa. Podobno na ostatnie słowa wybrał „I'm sorry, I have to go”. Wszystkim było przykro. Kościół w jego rodzinnym Arbutus ogłosił w dniu pogrzebu, że nie będzie w stanie pomieścić wszystkich żałobników.