Nat King Cole - Król jest tylko jeden! Gdyby żył miałby dziś 98 lat!

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Wszystko zaczęło się przez przypadek. Trio Nat „King” Cole'a grało pewnego wieczoru w jednym z tysięcy klubów na trasie. Nic nie zapowiadało, że ten wieczór będzie się czymkolwiek różnił od wszystkich innych. Nat z lekkością biegał palcami po klawiaturze, wspomagany przez gitarę Oscara Moore'a i kontrabas Wesleya Prince'a. Repertuar też był raczej standardowy. I nagle – nowy element – pijany widz, który zaczął domagać się swojego. Podobno krzyczał do zespołu, a szczególnie do lidera, oddechem zionącym alkoholem „Sweeeeeeet Lorraineeeee!”. Chciał posłuchać ulubionej melodii i wyśpiewać ją pijackim głosem. Nat postanowił wyjść oczekiwaniom naprzeciw. Zaśpiewał po raz pierwszy. Tamten wieczór otworzył zupełnie nowy, bogaty rozdział w historii jazzu – śpiewający Nat „King” Cole. Bogu dzięki za tamtego pijanego człeka.

Nat Cole dał światu całą masę fantastycznej muzyki, która od lat 50. XX wieku jest tłem dla romansów, miłosnych uniesień i wszelkiego sentymentalizmu. To jego wykania takich utworów jak „Unforgettable”, „Mona Lisa”, „When I Fall In Love”, „Stardust” czy „Nature Boy” są najbardziej znanymi wersjami. Dał światu nową wiarę w romantyzm. A w ramach bonusu – dał również Natalie Cole. Choć zyskał uznanie wpierw jako uzdolniony pianista, to jego miękki i ciepły głos przyniósł mu największą sławę. W latach 50. i 60. z powodzeniem rywalizował o tytuł największego śpiewaka z Frankiem Sinatrą, Tonym Bennettem i Deanem Martinem. Nie mógł narzekać na brak popularności. Trzeba jednak pamiętać, że Nat Cole to nie tylko aksamitny głos ale również znakomity pianista. I jeden z pionierów stylu, który w połowie wieku ogarnął niemal całe jazzowe środowisko – trio z wokalem. W przeciwieństwie do Sinatry, Nat nie pochodził ze świata swingu i big bandów. Zanim stał się gwiazdą telewizyjnych programów, przez lata prowadził z powodzeniem swój mały zespół. Przez wielu, Cole uważany jest za jednego z najwybitniejszych i najbardziej niedocenianych pianistów w historii jazzu. Niech za dowód jego instumentalnego kunsztu posłuży fakt, że zanim zajął się karierą pod własnym nazwiskiem, grał u samego Lionela Hamptona i Lestera Younga. A jacy muzycy grali u Hamptona, wiadomo.

Pierwszy, oficjalny, publiczny występ Nathaniel Coles zaliczył w wieku czterech lat. Śpiewał popularny przebój „Yes! We Have No Bananas!”. Publiczność złożona z braci i rodziców była zachwycona. Nat zaliczył doskonały debiut, zapowiadający wielką karierę. W ciągu następnych lat jego repertuar nieco spoważniał, obejmując muzykę klasyczną, od Bacha po Rachmaninowa. Nat miał 12 lat. Państwo Coles'owie mieszkali wówczas w Chicago, w momencie jazzowego rozkwitu tego miasta. W domu wybrzmiewał Rachmaninow a za rogiem grał Louis Armstrong. Wystarczyło wychylić głowę przez otwarte okno, żeby posłuchać. W takim rozdwojeniu kształtował się umysł Nata. Wkrótce rozpoczął na serio – zainspirowany twórczością Earle'a Hinesa – karierę muzyka. Choć nadal był tylko nieopierzonym nastolatkiem, doskonale radził sobie w dorosłym, brutalnym świecie muzycznego przemysłu. Zmienił również nazwisko, ucinając „s” z „Coles”. Narodził się „Nat Cole” spychając „Nathaniela Adamsa Colesa” w niebyt.

Old King Cole was a merry old soul

And a merry old soul was he;
He called for his pipe, and he called for his bowl
And he called for his fiddlers three

Te pierwsze linijki średniowiecznej, walijskiej pieśni, opowiadającej o tajemniczym „King Cole'u” - nigdy nie zidentyfikowanej historycznie, literackiej figurze. Ta melodyjka, niemal dziecięca bajka, opowiadająca o wesołym, może nawet rubasznym, królu zaczarowujący wszystkich swoją muzyką, dała Natowi pseudonim i nową tożsamość. Tożsamość złożoną z wielu różnych tożsamości – trzeba pamiętać, że „Król” pozostawał alegorią – od połowy lat 30. i pierwszych występów w kawiarniach i niewielkich klubach, do Nata przylgnął – już na stałe – pseudonim „King”. I trzeba przyznać, że pasował jak ulał. W 1943 roku Nat „King” Cole podpisał kontrakt z wytwórnią Capitol Records. W ciągu następnych kilku lat, wpływy ze sprzedaży jego płyt składały się na większą część zarobków firmy. I nie oznacza to, że zarobki nie były duże. Pierwszy hit Cole'a „Straighten Up and Fly Right” sprzedał się w nakładzie 500, 000 egzemplarzy. A potem posypały się „Smile”, „Too Young” czy „It's Only a Paper Moon”.

W 1956 roku Nat Cole jako pierwszy czarnoskóry w historii amerykańskiej telewizji, poprowadził własny program, „The Nat King Cole Show”, co wzbudziło spore kontrowersje. Na dodatek, artystom występującym w programie nie płacono żadnych honorariów. Za darmo śpiewała Aretha Franklin, Harry Belafonte czy Peggy Lee. Po roku, program zszedł z anteny na życzenie samego prowadzącego. Cole miał dosyć walki z rasistowskimi sponsorami i szefami sieci. „Madison Avenue boi się ciemności” - skwitował. Cole zmagał się z problemem segregacji przez całe życie. W 1956 roku, podczas koncertu w Alabamie, kilku ludzi usiłowało wtargnąć na scenę podczas gdy muzycy grali „Little Girl” i porwać wokalistę. Ochrona w ostatniej chwili zatrzymała spiskowców, którym jednak udało się zranić Nata w ramię. Okazało się, że był to spisek w którym poważną rolę odegrał jeden z członków zespołu. Nat „King” Cole już nigdy nie zaśpiewał na południu kraju. Zdarzało mu się również widywać płonące krzyże przed swoim domem.

Nat był wielkim wokalistą, jednak – co może dziwić w przypadku wokalisty właśnie – był również namiętnym palaczem. Gustował zwłaszcza w mentolowych papierosach, których potrafił wypalić trzy paczki dziennie. Głęboko wierzył w dobroczynne ich działanie na jego głos. Był przekonany, że to papierosom marki „Kool” zawdzięcza bogatą barwę. W 1965 roku, Nat „King” Cole zmarł na raka płuc.

Od momentu zatrudnienia Cole'a wytwórnia Capitol się rozrastała. Wokalista i jego kolejne przeboje, którymi sypał jak z rękawa, działały zbawiennie na finanse i prestiż firmy wynosząc ją wyżej niż kiedykolwiek w marketingowej hierarchii. Nowa siedziba firmy w Los Angeles, nazywana jest pieszczotliwie „The House that Nat Built” a dziś budynek zdobi mural przedstawiający największych muzyków związanych z wytwórnią. Na ich czele widnieje uśmiechnięta podobizna Cole'a. Król jest tylko jeden.