Matthew Shipp – p******ić tradycję

Autor: 
Maciej Krawiec
Zdjęcie: 

O pianiście Matthew Shippie niemało zdają się mówić dwie anegdoty. W jednym z wywiadów opowiadał o okolicznościach, gdy zdecydował się zająć muzyką pełną parą. Mianowicie gdy miał dwadzieścia kilka lat, poza byciem muzykiem pracował również w księgarni jako asystent kierownika. Gdy usłyszał, że został właśnie zwolniony – inna sprawa, że nie precyzuje przyczyn – impulsywnie rzucił książkami w przełożonego i, opuściwszy sklep, postanowił, że już nigdy nie będzie miał stałej i codziennej pracy na etacie. To zmusiło go do pełnej aktywizacji na polu muzyki. Druga barwna historia dotyczy nie tyle zdarzenia w jego życiu, co jednej z wypowiedzi. Otóż dziennikarz „Guardiana” Philip Clark wspomina, gdy w trakcie ich pierwszej rozmowy Shipp powiedział: „Kocham Coltrane'a, kocham Ornette'a, kocham Monka – ale pierdolić ich wszystkich, pierdolić tradycję i z całą pewnością pierdolić Chicka Coreę i Keitha Jarretta”. I dodawał: „Jestem zmęczony byciem postrzeganym jako pianista freejazzowy. Chcę znaleźć nowe sposoby na eksperymentowanie”. Proszę Państwa – oto Matthew Shipp.

Urodził się w 1960 roku w Wilmington w stanie Delaware. Lekcje gry na fortepianie podjął w wieku pięciu lat. Wkrótce nadeszła pasja jazzowa: mając dwanaście lat, zobaczył w telewizji Ahmada Jamala i Ninę Simone. Był pod takim wrażeniem tych artystów, że zainteresował się graną przez nich muzyką. Po ukończeniu liceum, w czasach którego grywał także muzykę rockową, studiował rok na Uniwersytecie Delaware, a następnie przeniósł się do New England Conservatory of Music. Tam uczył się m.in. u Joe Maneriego, w tym też okresie brał prywatne lekcje u legendarnego Dennisa Sandolego, który swego czasu był mentorem Johna Coltrane'a, a wśród jego uczniów wymienia się choćby Jamesa Moody'ego, Michaela Breckera, Jima Halla czy Pata Martino. Shipp uważał zajęcia z Sandolem jako kluczowe dla jego rozwoju.

 

Pianista przeprowadził się do Nowego Jorku w 1984 roku, zaś na początek lat 90. przypadło zauważalne przyspieszenie jego kariery (pewnie niewiele wcześniej trzasnął z hukiem drzwiami rzeczonej księgarni). W 1991 roku został członkiem kwartetu saksofonisty Davida S. Ware'a, z którym pracował przez kolejnych dwadzieścia lat. Tyle samo trwa już jego udział w składach saksofonisty Ivo Perelmana. Poza tymi stałymi przedsięwzięciami, Shipp realizował na przestrzeni lat rozmaite projekty z takimi muzykami, jak Rob Brown, Mat Maneri, William Parker, Whit Dickey, Roscoe Mittchell, Wadada Leo Smith, Susie Ibarra, Joe McPhee czy Evan Parker. Czy może być lepiej, jeśli chodzi o sztukę improwizacji?!

 

Od wielu lat bez wątpienia najważniejszym polem działania dla Shippa jest aktywność jako kompozytor. Realizuje się na tej płaszczyźnie zarówno nagrywając i koncertując solo, jak i jako lider zespołów. Do podobnych zdań jak to przytoczone na początku – dotyczące swoistego podejścia Shippa do tradycji – można naturalnie podchodzić z rezerwą, ale pianista przekuwa te słowa na ekspresję poprzez muzykę, która stanowi jego mocne argumenty. Można się o tym przekonać słuchając na przykład płyty jego tria z 2015 roku pt. „To Duke” z muzyką Ellingtona, której recenzję konkludowałem następująco: „album dla miłośników bezkompromisowej dekonstrukcji, którzy bardziej są ciekawi muzyki autorskiej dnia dzisiejszego aniżeli odtwórstwa wzorców sprzed dziesięcioleci. Co ważne jednak, trio Shippa nie burzy, a w oparciu o nobliwe konstrukcje buduje własne”. Ale Shipp to przecież nie tylko prezentujący na nowo klasykę jazzu. To artysta o wielu obliczach i rozmaitych zainteresowaniach, zajmujący się również muzyką na styku improwizacji, hip-hopu, elektroniki czy klasyki. Prawdziwie renesansowy umysł z dużą dozą kreatywnego braku pokory.

 

W wywiadzie udzielonym przed kilkoma laty naszemu portalowi Shipp, zapytany czy interesują go oczekiwania jego odbiorców, odpowiedział: „Nie interesuje mnie, co ludzie chcą usłyszeć, to ich problem. Robię to, co robię. Jeżeli przychodzą mnie posłuchać, to znaczy, że chcą posłuchać tego, co tworzę, ale nigdy nie interesuje mnie, czego oczekują, nigdy”.