Marilyn Crispell: „słuchanie jej jest jak obserwacja aktywnego wulkanu”

Autor: 
Maciej Krawiec
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Pianistka Marilyn Crispell to artystka z czołówki światowej improwizacji, której nazwiska nieczęsto pojawia się w programach naszych rodzimych festiwali. Mimo że przez niemal czterdzieści lat konsekwentnie tworzy i współtworzy zespoły w najbardziej doborowym freejazzowym towarzystwie, wzmiankę o niej w polskich mediach można zwykle odnaleźć co najwyżej w kontekście tego, że grał z nią ktoś, kto akurat u nas występuje. Nieobecność w świadomości szerszej publiczności w Polsce nie oznacza jednak, że jest tak wszędzie. Wręcz przeciwnie: świat już dawno zdążył się nią zachwycić.

Dowody? Proszę bardzo. „Słuchanie jej jest jak obserwacja aktywnego wulkanu” - tak pisał o niej New York Times. Zaś w Downbeacie znalazło się następujące zdanie na jej temat: „Trudno uwierzyć, że Crispell gra tak perfekcyjnie i nadal pozostaje człowiekiem”. Z kolei Guardian stwierdzał: „to jedna z najbardziej uznanych pianistek funkcjonującej w tej strefie współczesnego jazzu, która wymaga najwięcej ryzyka”. Do tych peanów światowej prasy zdarzyło się kilkakrotnie dołączyć portalowi Jazzarium – np. w recenzji albumu „Ithaca” z 2004 roku, który Crispell nagrała z Barrym Guyem i Paulem Lyttonem. Tak o pianistce pisał wtedy Paweł Baranowski: „Marilyn Crispell jest jedyna w swym rodzaju. Ta płyta przywraca wiarę, że nie stała się jednym z wyrobników Manfreda Eichera w jego świecie dźwięków tak cichych, że aż niedostępnych dla nikogo. Tak ładnych, że aż przestaje się ich chcieć słuchać”.

Ale czy może być inaczej, jeśli ma się na swym koncie terminowanie przez 10 lat w kwartecie Anthony'ego Braxtona, a także grę w Reggie Workman Ensemble, triu Henry'ego Grimesa czy New Orchestra Barry'ego Guya? Nie tylko zresztą w formacjach awangardzistów freejazzu Crispell grywała i grywa – jako że ma za sobą klasyczną pianistyczną edukację, była angażowana również przy wykonaniach muzyki współczesnej, np. Johna Cage'a czy Anthony'ego Davisa. W ten sposób Crispell realizuje swoje przywiązanie do wolności, która znaczy dla niej robienie tego, co w danej chwili jest dla niej najbardziej interesujące.

 

To dzięki owej wolności, z którą wiązała się otwartość na nowe emocje i stany ducha, zbliżyła się do jazzu. Miała wtedy 28 lat, za sobą sześć lat brak zaangażowania w sprawy muzyki i w rękach winyl „A Love Supreme”. Inspiracja, którą przyniosło wysłuchanie płyty Coltrane'a, była tak duża, że Crispell postanowiła wniknąć w istotę tej sztuki i stać się jej częścią. Polecono jej nauczyciela jazzu w Bostonie, pod którego okiem spędziła trzy lata. W 1977 roku przeniosła się do Nowego Jorku, gdzie wniknęła w środowisko Creative Music Studio. Ten ośrodek jednoczył, jak wskazuje sama nazwa, muzyków „kreatywnych” i pośród nich byli Braxton, Workman, Oliver Lake  czy Roscoe Mittchell. Te znajomości zaowocowały długotrwałymi projektami artystycznymi, które potwierdziły bliskość twórczych myśli improwizatorów wywodzących się z CMS. Innym przełomowym czasem, który Crispell przyrównuje do owego impulsu płynącego z zetknięcia z „A Love Supreme”, był okres spędzony w Skandynawii w 1992 roku. Muzyka, którą tam napotkała, otworzyła ją na nieznane wcześniej obszary własnej wrażliwości. Eksplorowała je np. w kwintecie Andersa Jormina.

 

Pod koniec lat 90. związała się z wytwórnią ECM, dla której nagrała już sześć albumów jako lider bądź współlider. Jest również częstym gościem na płytach artystów wydawanych przez Intakt Records – choćby Gerry'ego Hemingwaya czy Barry'ego Guya – i wielu innych muzyków. O gościnnym udziale Crispell w przedsięwzięciach naszych improwizatorów najpewniej nie ma co marzyć, ale o jej odwiedzinach w którymś z polskich miast – owszem,, choć krążą pogłoski, że jakieś zadawnione urazy odrobinę zniechęcają ją to przyjazdu do nas. Kto ze mną dzieli to marzenie?