Maria Schneider – dziewczyna z orkiestrą w dłoniach

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

W świecie jazzu jest o niej bardzo głośno, ale w Polsce jakoś ciągle nie przedarła się do szerszej świadomości. Komentując jej pierwszy przyjazd do Polski, jeden z pretendujących do miana mecenasa kultury - człowiek świata finansjery dodam - powiedział mniej więcej tak „co to za pomysł sprowadzać do Polski mało znaną, niemiecką dyrygentkę. Tymczasem Maria jest nagradzana, nie tylko przez poważne redakcje i stowarzyszenia zajmujące się jazzem, wygrywa istotne rankingi, a nawet sięga po nagrody z jazzowej perspektywy marginalne choć głośne i błyszczące z Grammy Award na czele. A jednak w naszym piśmiennictwie wciąż jakoś nazbyt wiele miejsca się jej nie poświęca i nie pomógł temu zbytnio nawet Jazzowy Anioł, którego w świetle reflektorów odebrała z rąk pana Jerzego Batyckiego jakiś czas temu w Bielsku.

Milczy o niej także prasa kobieca, choć przecież jej kariera znakomicie nadaje się do błyskotliwego spisania jako przykład olśniewającego sukcesu w przestrzeni jazzowej, która przecież, jeśli nie liczyć plejady wokalistek opanowana jest przez mężczyzn. Może niezbyt powszechna dostępność jej płyt jest temu winna, ale może też niewiedza i obojętność większości redakcji wobec artystów, którzy swoją pozycję zawdzięczają talentowi, konsekwencji działania, a nie dobrze zaaranżowanemu telewizyjnemu show czy skrojonego na miarę tabloidu skandalikowi. To także możliwe.

Zadziwia to tym bardziej, że powyższy akapit nie utracił aktualności pomimo tego, że obieg informacji znacznie przyspieszył, dostęp do muzyki wydatnie się poprawił a pozycja Marii Schneider zmieniła się przez ostatnie dwie dekady diametralnie. Światu udało się na jej sztuce poznać, a nam wychodzi to różnie pomimo, że próby zmiany tego stanu rzeczy podejmują od czasu do czasu nieliczni organizatorzy koncertowi. Kilka lat temu gościła podczas Warsaw Summer Jazz Days, dała także koncert w Krakowie gdzie stanęła na czele słynnego NDR Big Band czy potem podczas XIV Bielskiej Zadymki Jazzowej kiedy poprowadziła Silesian Jazz Orchestra.

Jeśli myślimy Maria Schneider to w naturalny sposób myślimy jazzowa orkiestra  – medium o fundamentalnym znaczeniu dla całego gatunku i w każdym okresie jego trwania i jednocześnie medium kompletnie nie na te czasy. Gdy rządzi twarda ręka rynku można by nawet pomyśleć, że to przeżytek, nierentowna fanaberia, dziwadło pochłaniające fundusze, teoretycznie niemające żadnej przyszłości. Byt skazany na pożarcie przez księgowych. A jednak orkiestry istnieją. Naturalnie jest ich o wiele mniej niż w złotej erze swingu i już dawno nie mają się tak świetnie, ale są i kiedy przypatrzeć się bliżej, potrafią działać imponująco. Nie pora i nie miejsce wyliczać regularnie grające jazzowe orkiestry, pora natomiast najwyższa zwrócić uwagę na jedną z nich, która przez prawie 15 lat istnienia, powoli, krok po kroku stawała się – zaryzykuję stwierdzenie – najważniejszym wielkoformatowym zespołem na jazzowej scenie.

 

Za całym tym przedsięwzięciem stoi jedna osoba. Jak podkreślają ci, którzy mieli okazję ją spotkać Maria dzięki nietypowemu podejściu do pracy, rzetelności, precyzji, ale, co nie bez znaczenia także osobistemu urokowi potrafi skupiać wokół siebie uwagę muzyków w sposób imponujący. Przekonali się o tym takze muzycy z Polski, którzy mieli okazję wystąpić pod jej przywództwem podczas Warsaw Summer Jazz Days. Krzysztof Herdzin do dziś wspomina i próby, i wieńczący je koncert jako jedno  z tych zdarzeń, które odmienia postrzeganie muzyki. W takim samym duchu wypowiadają się nowojorczycy wchodzący w skład jej regularnie działającej orkiestry.  Coś w tym musi być, skoro wytrawni i bardzo zajęci sidemani, jakimś cudem znajdują czas by wziąć udział w kolejnym Schneiderowskim projekcie.

Jak sama Maria wspomina, wszystko zaczęło się, kiedy miała pięć lat, w Windom w Minnesocie dzięki klasycznej i jazzowej pianistce, rudowłosej Evelyn Butler, która przyjechała do jej rodzinnego miasta z Chicago i zagrawszy na fortepianie, zawładnęła wyobraźnią dziecka na tyle mocno, że  zapragnęło ono studiować pod jej okiem muzykę. Przez następne trzynaście lat, z lekcji na lekcję Butler objawiała przed Marią piękny i wielobarwny świat nie tylko muzyki jazzowej, ale też nauczyła ją wchłaniać całą tę wielką, tajemniczą i fascynującą dziedzinę. „Nauka u Evelyn była dla mnie jednym z największych skarbów” –  wspominała Maria w jednym z wywiadów.

 

Potem były studia na Uniwersytecie w Minesocie, w klasie teorii muzyki i kompozycji. Czas intensywnego odkrywania tajników muzyki europejskiej, ale też i okres narastającej fascynacji   takimi jazzowymi, amerykańskimi kompozytorami jak: Duke Ellington, Gil Evans, Thad Jones czy Bob Brookmeyer.

Ich muzyka popchnęła Marię w stronę jazzu i zawiodła do dwóch szacownych uczelni: Universtity of Miami, a potem do Eastman School of Music. Nie mogła jednak wówczas nawet przeczuwać, że w ciągu najbliższych lat jej rozmarzone fascynacje przybiorą bardzo realny kształt i nadejdzie moment spotkania z prawie wszystkimi młodzieńczymi idolami.

Pierwszy był Bob Brookmayer słynny kompozytor, aranżer i nauczyciel, grający poza tym na rzadkiej odmianie wentylowego puzonu. To właśnie jego odszukała, kiedy w 1985 roku po raz pierwszy przyjechała do Nowego Jorku. Brookmeyer okazał się w artystycznym życiu Marii Schneider postacią kluczową, i to nie tylko ze względu na wyjątkowość jego muzyki, ale głównie z powodu uwagi, jaką poświęcał młodej uczennicy.

„Jakie to szczęście mieć mentora, który w ciebie wierzy, może nawet bardziej niż ty sama”, wyznała, wspominając tamten okres. „Bob pierwszy zwrócił uwagę na kobiecy aspekt mojej muzyki i nieustannie zachęcał, abym dojrzała w tym zaletę, nie wadę. Takie wsparcie to rzecz nieoceniona”.

Brookmeyer dostrzegł w Marii oryginalnego i wartego uwagi twórcę, a za dowód niech posłuży fakt, że przedstawił jej dokonania kolejnemu jej idolowi – Thadowi Jonesowi, który wraz z Melem Lewisem stworzyli jedną  najwspanialszych jazzowych orkiestr w całej historii gatunku.

„Jakież było moje szczęście, kiedy wkrótce mogłam posłuchać kilku swoich utworów granych przed jedną z najwspanialszych orkiestr na świecie – orkiestrę Thada Jonesa”.

Wkrótce jednak miał nastapić prawdziwy przełom w muzycznej podróży Marii Schneider. W jednej z rozmów Maria wyznała, jak wielkim podziwem darzy muzykę i aranżacje Gila Evansa, a ten w kilka dni później oddzwonił z informacją, że Evans poszukuje asystenta i chętnie się z nią spotka. Przez kolejne trzy lata – a były trzy ostatnie lata życia Gila Evansa – Maria Schneider aktywnie i bardzo blisko wpsółpracowała z legendarnym aranżerem. W znacznej części to właśnie spod jej pióra wyszły aranżacje muzyki do filmu Martina Scorsese „Color of Money” oraz instrumentacje utworów podczas słynnej trasy Evansa ze Stingiem.

„Duch i kolor muzyki Gila stał się częścią mnie, przekonałam się o tym, kiedy na prośbę Anity Evans - poprowadziłam orkiestrę Gila podczas festiwalu w Spoleto gdzie graliśmy jego aranżacje napisane do legendarnych płyt Milesa Davisa. Takich chwil nie można zapomnieć”.  

Nie było w słowach Marii ani krzty przesady. Pracę z Gilem Evansem rzeczywiście trudno było jej zapomnieć. Wpływ jego muzycznego myślenia słychać do dzisiaj, nie w takim jednak stopniu, w jakim miało to miejsce na pierwszej płycie Marii Schneider, adekwatnie zresztą zatytułowanej, „Evanescence”.

Był 1994 rok. Na nowojorskiej muzycznej scenie pojawił się nowy byt: orkiestra Marii Schneider. Artystki, która nie dość, że zaproponowała kompletny muzyczny pomysł, to jeszcze dała się poznać jako niezwykle oryginalny kompozytor. Wszystkie pomieszczone na płycie utwory wyszły spod jej pióra. Wiele z nich miało specjalne dedykacje, a jako całość unosiły się w powiewach czarodziejskiej kolorystyki podpatrzonej u Gila Evansa i strukturze, której mistrzem był Brookmeyer.

Co jednak wcale nie mniej ważne, ukonstytuował się wówczas zespół grający muzykę pisaną i opracowywaną przez Marię.

Środowisko było co najmniej zaskoczone. Choć jazzowa orkiestra to medium ważne i szacowne, to jednak grający w niej muzycy lepiej by przecież wyszli, gdyby zamiast poświęcać regularnie swój czas big-bandowi, zajęli się pisaniem dżingli reklamowych albo prowadzeniem warsztatów instrumentalnych.

Tymczasem przez trzy lata, w każdy poniedziałek w nowojorskim klubie  Visions zespół próbował i z czasem gotów był wejść do studia i nagrać kolejny album.

W 1996 roku na światowym rynku ukazała się płyta „Coming About” z brawurowym, inspirowanym muzyką hiszpańską i otwierającym całość „El Viento”, zamaszyście zinstrumentowanym Coltrane’owskim „Giant Steps” oraz potężną trzyczęściową „Scenes From a Childhood”. Recenzenci zgodnie podkreślali, że oto wyłonił się talent, któremu trzeba się bardzo uważnie przysłuchiwać.

Czas wielkich nagród miał jednak dopiero nastąpić. W 2000 roku nakładem Enja Records ukazała się trzecia płyta Marii Schneider zatytułowana „Allegresse”. Jak się potem okazało ostatnia była to ostatnia płyta w barwach niemieckiej oficyny wydawniczej. Jakie były powody odejścia z firmy Mathiasa Winkelmanna, nie wiadomo. Może po prostu wygasł kontrakt, może firma nie chciała dalej wydawać  tego drogiego skądinąd przedsięwzięcia. Ale możliwe, że ktoś zbyt mocno naciskał na Marię, aby dołączyła do swoich kompozycji jakiś miły znany wszystkim standard, dzięki czemu wzrosłyby szansę na lepszą sprzedaż płyty.

W niedługim czasie potem świat jazzu obiegła informacja, że Maria Schneider przystąpiła do nieszczególnie wówczas popularnego w środowiskach artystycznych projektu Artist Share (www.artistshare.com) , którego głównym pomysłodawcą i architektem jest zawodowy muzyk i programista komputerowy Brian Camelio.

Cóż to takiego Artist Share? Bez wdawania się w szczegóły techniczne, jest to program, który pozwala prowadzić działalność wydawniczą poza strukturami konwencjonalnego rynku płytowego. Całość opiera się na bezpośrednich dotacjach, które fani dokonują na rzecz swoich ulubionych muzyków, stając się tym samym współfinansującymi wydanie płyty. Dodatkowo zyskują w ten sposób dostęp do bonusowych materiałów, takich choćby jak filmy z sesji nagraniowych, czy utwory, które w wydaniach płytowych się nie zmieściły. Najważniejsze jednak w całym projekcie Artist Share jest nie tylko to, że efekty pracy muzyków dostępne są tylko w sieci, a oni sami otrzymują swoje honorarium, zanim powstanie gotowy produkt płytowy. Clue polega na całkowitej zmianie akcentów w stosunku do konwencjonalnego rynku showbiznesowego.

Całości więc ani nie finansuje, ani nie wpływa na ostateczny kształt dzieła potężny i drapieżny koncern płytowy. Co więcej o istnieniu płyty na rynku nie decydują już tylko wielkie sieci handlowe. Ostateczny werdykt jak zawsze wydaje publiczność, ale w efekcie tworzy się nowa relacja zaufania pomiędzy twórcą i odbiorcą, dzięki której artystyczna praca może stworzyć rynek dla sztuki wolnego od pośredników, managerów, handlowców, promotorów i PR-owców. Dzisiaj w projekcie Artist Share uczestniczy już wielu twórców, jak choćby prawdopodobnie najwybitniejszy żyjący jazzowy gitarzysta Jim Hall. Maria Schneider była jedną z pierwszych.

W 2004 roku  wydała w ten właśnie sposób płytę „Concert in the Garden”. Tytuł albumu zaczerpnięty został z jednego z wierszy meksykańskiego poety i laureata Literackiej Nagrody Nobla w 1990 roku. Octavio Paza. W muzyce Marii pojawiły się także nowe instrumenty, których na pierwszych trzech płytach nie było: akordeon i głos. Głos szczególny, bo należący do jednej z najwyżej cenionych brazylijskich młodych wokalistek – Luciany Souzy. Pod  batutą Schneider wyraźnie możemy zaobserwować, jak Souza zmienia się z wokalistki w śpiewaczkę.

„Concert in the Garden” został dostrzeżony nie tylko przez środowisko jazzowe, ale także i szersze audytorium. Posypały się nagrody od wspomnianego magazynu Downbeat zarówno w kategorii Critic’s jaki i Readers Pool, przez Stowarzyszenia Dziennikarzy Jazzowych (Jazz Journalist Association, które w orkiestrze Marii dostrzegło najlepszy jazzowy bigband, a w niej samej kompozytora roku, aż po te najbardziej spektakularne przyznawane przez Recording Accademy.

 

Grammy! Dla najlepszej jazzowej płyty orkiestrowej – wtedy właśnie po raz pierwszy nagrodzony został album sprzedawany wyłącznie drogą internetową! Maria znalazła się w prawdziwie doborowym towarzystwie odbierając nagrodę w towarzystwie Herbiego Hancocka, McCoya Tynera, Charliego Hadena czy Nancy Wilson. Wkroczyła tym samym do wielkiego świata showbiznesu, na teren relatywnie sporej popularności – i co szczególnie ciekawe – nie dokonując żadnych kompromisów w stosunku do swojej muzyki. A to już jest sytuacja zupełnie wyjątkowa pośród artystów wszelkich sztuk...

To, że blask reflektorów, honory i sypiące się jak z rękawa zamówienia na nowe kompozycje nie uczyniły z niej celebrytki, niech będzie świadectwem tego, iż mamy do czynienia z silną, określoną osobowością muzyczną. A pamiętajmy, że o takie trudno nawet w takiej dziedzinie jaką jest jazz i w niepozbawionym – wbrew pozorom – stereotypowego myślenia jazzowym środowisku.

Rozejrzyjmy się chwilę po muzycznej scenie. Do świadomości społeczeństw przenikają  albo największe gwiazdy albo intensywnie lansowane gwiazdeczki, albo w najlepszym wypadku alternatywni postmodernistyczni awangardziści, którzy z uporem godnym lepszej sprawy i z pomocą niezgrabnych narzędzi wyważają dawno już otwarte drzwi. A Maria Schneider? Cóż, cierpliwie i bez ostentacyjnych gestów, choć świat o niej krzyczy, u nas wciąż czeka na odkrycie przynosząc na przekór czasom, jak na „Sky Blue”, WInter Morning Walk" czy na najnowszej "The Thompson FIelds" muzykę bogatą, melodyjną i olśniewającą jak błękit nieba albo czystą jak powietrze podczas zimowego poranka.