Kiedy Anthony Braxton gra ludzie słuchają!

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

„Kiedy Anthony Braxton gra ludzie słuchają” taki komunikat można przeczytać na pierwszej od czasu słynnego recitalu solo „For Alto” płycie wydanej w legendarnej Delmark Records, a zatytułowanej „GTM 2000”. I rzeczywiście coś w tym jest. Ludzie słuchają, ponieważ przez ostanie kilka dekad Braxton na swój własny, niekiedy nawet bardzo głośny sposób zmienia bieg jazzu i improwizacji.

Z Jazzu wyrósł. Z jego wielkiej i dziś już od dawna uznanej za klasyczną tradycji, choć płytowy debiut „3 Compositions Of New Jazz” sugerował bardziej rewolucje niż kontynuacje muzycznej myśli poprzedników. W gronie, do którego Braxton bezpośrednio odwoływał się wywiadach znaleźli się Warne Marsh  i Lee Konitz – bodaj najzdolniejsi uczniowie niewidomego twórcy jazzu cool, Lenniego Tristano. To wprawiło świat jazzu w zdumienie, ale wspólna płyta z kwartetem Dave’a Brubecka prędko wątpliwości wszelkie rozwiała. Był także Eric Dolphy. Być może dzięki niemu z saksofonisty altowego prędko zaczął przemieniać się multiinstrumentalistę. W końcu Cecil Taylor i John Coltrane. Ta ostatnia fascynacja wydaje się oczywista, kto bowiem nie ulegał magii i duchowej sile gry autora „A Love Supreme”?

 

Braxton znał wielką, dziejącą się wokół niego jazzową klasykę. Ale był także młodym rozpalonym artystą wywodzącym się wprost z kręgów chicagowskiej AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians) i jej rewolucyjne, zarówno pod względem muzycznym, jak i społecznym idee zadziały na jego wyobraźnię w sposób istotny. Wówczas grywał ze skrzypkiem Leroyem Jenkinsem, trębaczem Wadadą Leo Smithem i pod okiem ojców chicagowskiej drugiej awangardy z Muhalem Richardem Abramem na czele. Ten skład nie przetrwał długo, ale AACM starająca się otworzyć młodych na muzykę w ogóle i zachęcić do zdefiniowania na nowo własnej nie tylko muzycznej tożsamości,  zadziałała jak katalizator. W orbicie zainteresowań Braxtona pojawiła się muzyka wielkich kompozytorów współczesnych, a szczególnie jej, być może największych proroków tamtych lat Johna Cage’a i Karlheinza Stockhausena.

Jazz przestał być dla niego jedyną fascynacją. Zastąpiła ją inna, która na następne cztery dekady wyznaczyła artystyczne ścieżki muzyce Braxtona. Jak sprawić, aby w tak odmienne koncepcje muzyczne jak Cage’a i Stockhausena złączyć z wielką siłą improwizacji jazzowej? Skutki tych refleksji słychać z muzyce Braxtona do dzisiaj, ale w różnych okresach w bardzo różny sposób się one objawiały. Ślady tej idei są w jego nagraniach z grupą Circle, którą współtworzył z Chickiem Coreą, Davem Hollandem i Barry Altchulem, w niezliczonych nagraniach solowych i duetowych, w których towarzyszyli mu na przestrzeni lat najwięksi improwizatorzy naszych czasów Derek Bailey, Evan Parker, Ornette Coleman, Sam Rivers, Steve Lacy, George Lewis, Mal Waldron, Micha Mengelberg, Peter Brotzmann czy nawet Pat Metheny.

 

Lista jest długa, ale kto wie czy myśl dokonania wielkiej fuzji nie objawiła się najsilniej w prowadzonych od lat 70. zespołach – Creative Orchestra, czy słynnych braxtonowskich kwartetach. Pierwszym, z Kenny Wheelerem – trąbka i wspomnianą już sekcją rytmiczną Dave Holland i Bary Altschull, drugim, w którym trębacza zastąpił puzonista George Lewis, i trzecim działającym w latach 80. klasycznym kwartecie z fortepianem z Marilyn Crispell, Markiem Dresserem – kontrabas i Gery Hemingwayem – perkusja.

Anthony Braxton nie zwykł o sobie mówić jako o jazzmanie, co ciekawe nawet jego towarzysze muzycznych poszukiwań i środowiska, z których wyszedł nie były skłonne traktować go jako jazzmana. Dla jazzmanów i jazzfanów zbyt wiele w jego muzyce było idei kompozytorskich, zbyt wiele teorii i gorsetu muzycznych koncepcji, którym podporządkowywał swoją muzykę. Dla mistrzów partytury kłopotliwa była rozszalała improwizacyjność jego muzyki, z którą tak naprawdę do dziś mało kto z nich potrafi sobie poradzić. A jeśli dodamy do tego eklektyzm jego kompozycji, ciepłe spojrzenia w stronę muzyki Indian Amerykańskich, orkiestr marszowych, jazzowych standardów z american song book oraz wielką atencję dla Theloniousa Monka i Charliego Parkera to wyłania się obraz muzyki bardzo trudno dającej się precyzyjnie sklasyfikować.

Sam Braxton uważa się za twórcę muzyki kreatywnej i może właśnie w ten sposób, bez stylistycznych dookreśleń powinniśmy do jego twórczości podchodzić, zwracając baczniejszą uwagę na jej kolor, brzmienie, rozmach i rytmiczną intensywność. Być może powinniśmy idąc za sugestią krytyka Chrisa Kelsey spojrzeć na nią w ten sposób: „Anthony Braxton stworzył muzykę o gigantycznej wprost złożoności i pasji, niepodobnej do niczego, co dotychczas znane".

Albo też nie bacząc na jego nagrody (MacArthur Fellowshipp w 2005r.), gruntowne wykształcenie filozoficzne i muzyczne, które dzisiaj pozwala mu także samemu dzielić się z młodymi muzykami swoim doświadczeniem i wiedzą czy to w Mills College czy w Wesleyan University, dostrzec jednego z najoryginalniejszych twórców dzisiejszej muzyki, który z równą pasją oddaje się estetyzującemu pisarstwu w Triaxium Writings czy Composition Notes (wyd. Frog Peak Music), tworzeniu graficznych partytur, paleniu fajki i mistrzowskiej grze w szachy.

Dziś Anthony Braxton ma 70 lat i jego umysł, zaangażowanie i pomysłowość nie staciły nic ze swojej siły. Przekonali się o tym nie dawno mieszkańcy Amsterdamu podczas Doek Festival a my  podczas ubiegłorocznej edycji festiwalu Jazztopad, podczas której pan Antoni zagrał w ogromnie intrygującym skłądzie z trębaczem, tubistą i dwiema harfistkami. I wszyscy nieustaqnnie przekonujemy się siegając po kolejne jego płyty. I niech tak już zaostanie jak najdłużej się da. Happy Birthday Mr. Braxton.