John Gilmore - saksofonista, który pozostał wierny Sun Ra

Autor: 
Piotr Wojdat
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

Wspominając najważniejsze postaci w całej historii muzyki jazzowej, zazwyczaj największą rolę i znaczenie przypisujemy tym instrumentalistom, którzy nie tylko odznaczali się własnym stylem i charyzmą, ale jednocześnie posiedli umiejętność przewodzenia stadem. Bycie prawdziwym liderem, nadającym nowy kierunek rozwoju, to cecha nieoceniona. I z tym nie mam zamiaru polemizować. Bywa jednak i tak, że pisząc peany na cześć Davisów, Coltrane’ów czy Mingusów, zapominamy o postaciach z pozoru drugoplanowych, a zasługujących na szczególny szacunek. Przykładem potwierdzającym tę tezę był amerykański saksofonista John Gilmore, którego wkład w rozwój jednego z najbardziej fascynujących gatunków muzycznych jakim jest jazz, był i nadal jest ogromny. Pretekstem do przypomnienia sylwetki tego znakomitego artysty jest rocznica jego urodzin z 28 września 1931 roku.

Na podstawie nie tak znowu licznych wywiadów, jakich udzielił John Gilmore dziennikarzom, można wysnuć zaskakujący wniosek, że na liderowaniu kwartetom, kwintetom, sekstetom, czy mniejszym składom, specjalnie mu nie zależało. Wystarczało mu to, że może się poświęcić swojej największej pasji, czyli grze na saksofonie tenorowym. I choć w przeciągu całej kariery artystycznej zdarzyło mu się grać z plejadą muzyków o dużo głośniejszych niż jego nazwiskach, to zawsze podkreślał, że najlepiej czuł się pod czujnym okiem Sun Ra, z którym współpracował aż 40 lat.

 

Zanim jednak na dobre rozpoczął poważną przygodę z jazzem i związał się artystycznie z “przybyszem z Saturna”, w wieku zaledwie 14 lat nauczył się grać na klarnecie. Dorastał w Chicago, a w czasie służby w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych, którą odbywał na przełomie lat 40. i 50., zafascynował się brzmieniem saksofonu tenorowego. Efektem było rozpoczęcie kariery muzyka jazzowego. Początkowo ten plan wcielał w życie u boku pianisty Earla Hinesa.

W 1953 roku John Gilmore dołączył do Sun Ra, z którym najpierw występował w trio. Zespół rozrósł się jednak do big bandu, przybierającego we wczesnej fazie różne nazwy: Myth-Science Arkestra, Solar Arkestra czy Astro Infinity Arkestra. Co ważne, Gilmore już na tym etapie doskonale sprawdzał się w realizacji różnych pomysłów lidera. Zespół Sun Ra na jednych płytach brzmiał jak nieco ekscentryczna grupa swingowa, na innych z kolei tworzył podwaliny dla spiritual i free jazzu.

 

 

Wszechstronność zawsze była cechą charakterystyczną Johna Gilmore’a. Dowodzi temu wydany w 1957 roku album “Blowing In From Chicago”. To zresztą jedna z pierwszych tak bardzo udanych płyt hard bopowych w katalogu Blue Note. Nagrana wspólnie z saksofonistą Cliffordem Jordanem oraz pianistą Horacem Silverem, basistą Curlym Russellem i perkusistą Artem Blakey’em uwodzi witalnością, zapamiętywalnymi melodiami oraz intensywnymi pojedynkami na saksofonowe sola w wykonaniu obu liderów.

Nasz bohater szczególną aktywnością artystyczną wykazywał się w latach 60. To wtedy uczestniczył m.in. w sesjach nagraniowych do następujących płyt: “Turning Point” Paula Bleya, “Today And Tomorrow” McCoy Tynera, “Compulsion!” Andrew Hilla, czy “Sounds From Rikers Island” Elmo Hope’a. Był zatem obecny przy powstawaniu wielu ważnych hard bopowych i free jazzowych nagrań tego szczytowego dla jazzu w ogóle okresu.

 

W kolejnych dekadach, już po przenosinach z Nowego Jorku do Filadelfii, John Gilmore skupił się głównie na graniu z Sun Ra. Uczestniczył w większości sesji nagraniowych. Jego fantastyczne partie saksofonowe można usłyszeć, by wymienić jedne z najlepszych pozycji w dyskografii, m.in. na “Space Is The Place” z 1972 roku, “Lanquidity” z 1978 roku czy “Sleeping Beauty” z 1979 roku.

Na początku tekstu wspomniałem, że John Gilmore nie miał ambicji, by liderować zespołom jazzowym. Był przede wszystkim wierny swojemu największemu mentorowi. Kiedy jednak Sun Ra zmarł w 1993 roku, saksofonista przejął schedę po Arkestrze. Jednak nie trwało to długo, bo zaledwie 2 lata. Teraz, kiedy i Johna Gilmore’a nie ma z nami, liderem zespołu pozostaje Marshall Allen. Tym bardziej warto pamiętać o wkładzie w rozwój gatunku, jaki wniósł Amerykanin z niedużej miejscowości Summit w stanie Mississippi. Zwłaszcza, że to także na nim wzorował się John Coltrane, najpierw pobierając u niego lekcje gry na saksofonie, a potem nagrywając wzorowane na jego charakterystycznym stylu gry na tenorze “Chasin’ The Trane”.