Joelle Leandre - A Woman's WOrk

Autor: 
Bartosz Adamczak
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne
W ostatnich latach można było spotkać w Polsce parokrotnie Jelle Leandre w ramach jesiennych festiwali – krakowskiej Jesieni Jazzowej oraz warszawskiego Ad Libitum. Zeszłoroczna rezydencja była okazją do prezentacji publiczności wydawnictwa “A Woman’s Work” - ośmiopłytowego boxu, prezentu on Not Two dla artystki oraz słuchaczy z okazji 40 lecia aktywności scenicznej francuskiej kontrabasistki, z pewną goryczą wspominającą o tym, że w rodzimym kraju trudno było o zainteresowanie rocznicą.
 
Wydawnictwo to jednak nie jest w żadnym przypadku odpowiednikiem benefisu, kompilacją przebojów czy przekrojową prezentacji kariery artystki. To raczej portret Joelle w perspektywie bardzo konkretnej jaką jest muzyka improwizowana totalnie, to przedstawienie kilku intymnych muzycznych spotkań w niewielkim towarzystwie. Od spotkania sam na sam z publicznością, poprzez liczne duety (czyż dialog nie jest najbardziej naturalną formą improwizacji?), jedno trio oraz jeden kwartet. Chronologicznie najstarszym nagraniem jest koncert solowy z 2005 roku, duet z Matem Maneri pochodzi z 2011, pozostałe płyty zostałe nagrane w ciągu 2015 i 2016 roku, cieszy bardzo, że wśród nagrań znalazły się też koncerty z krakowskiej Alchemii z Krakowskiej Jesieni Jazzowej AD 2015.
 
Każde spotkanie to osobna historia, zupełnie inny świat dźwięków, kontrabas Joelle pozostaje jednak zawsze rozpoznawalny – jej brzmienie, charyzma, muzyczna wyobraźnia przebija w każdej sytuacji. Miałem już przyjemność pisać dla czytelników Jazzarium parokrotnie o koncertach artystki, o tym jak na scenie potrafi przeobrażać się – niepozorna, troche zwariowana stasza pani, kiedy zaczyna szarpać smyczkiem struny, staje się demiurgiem tworzącym nowe światy, mistyczną kapłanką zaklinającą burzę, wiedźmą i ponownie zwariowaną starszą panią. Koncert solowy doskonale przedstawia te elementy w twórczości Jealle. Wirtuzoerski aspekt gry Joelle (cudownie złożona brzmieniowo gra smyczkiem) jest kwestią absolutnie drugorzędną, ważniejsze są dramaturgia i wyobraźnia – posłuchajcie np fragmentu drugiego, kiedy szamański okrzyk przeradza się nagle w komiczną zabawę sonorystyką języka francuskiego. Bezcenne.
 
Należy teraz pomnożyć ilość szaleństwa na scenie razy trzy a otrzymamy trio Les Diaboliques – Irene Schweizer, Maggie Nicols oraz Joelle Leandre, które od kilku dekad w swoich występach łączą performens muzyczny oraz sceniczny często z politycznym komentarzem (najbardziej zaangażowana Maggie Nicols podczas zeszłorocznego występu w Krakowie parokrotnie nawiązała do obecnej sytuacji politycznej w Polsce). Koncert na płycie nr 1 “A Woman’s Work” pochodzi z 2015 roku z Moskwy i przedstawia zespół w wyśmienitej formie – zachwyca zwłaszcza gra Irene Schweizer, która potrafi w swojej grze połączyć tradycję z nowoczesnością (od wodewilu po impresjonistyczne free). Z perspektywy całego boxu – w muzyce Les Diaboliques jest pewien teatralny rozmach, komiczne przerysowanie, ale w przypadku nagrania z Moskwy, muzyczny aspekt występu pozostaje zdecydowanie na pierwszym planie.
 
Duetów jest na “Woman’s Work” najwięcej. Najbardziej cenię zdecydowanie nagranie kontrabasistki z Jean Luc-Cappozzo. W muzyce pojawia się tutaj naturalna melodyjność, obok abstrakcyjnych tonów.  Vibrato trąbki oraz pociągniecia smyczkiem budują niespieszną ,tajemniczą narrację godną przepełnionego namiętnościami kina noir. Inny fragment przywodzi na myśl szamańskie obrzędy (Cappozzo na flecie zamiast trąbki) a całość budzi wspomnienia pewnych cudownych dźwięków, które wybrzmiały kilka miesięcy temu w Alchemii – co być może przekłamuje zupełnie mój osobisty odbiór tej płyty.
 
Spotkanie z Fredem Frithem to okazja do eksplorowania elektro-akustycznych dychotomii. Z jednej strony szarpane, brudne dźwięki kontrabasu, z drugiej gitarowe sprzężenia czy preparacje dźwiękowe. Słuchanie przypomina czasem czytanie dwujęzycznego tekstu, a może próbę tłumaczenia na żywo dwóch światów. W innych momentach dźwięki gitary stają się kontekstem, rozmytą przestrzenią, której kształt dookreślany jest przez precyzyjniejsze dźwięki kontrabasu. Minimalistyczy, acz wielobarwny, futurystyczno-szamański sonorystyczny pejzaż. 
 
Duet z Matem Manerim jest chyba najbardziej drapieżnym muzycznie – jeżeli wrócimy to porównania muzycznej improwizacji do konwersacji, to tutaj mamy do czynienia głownie z szermierką słowną na dwa smyczki, czego przykładem jest ognista kulminacja płyty.  
 
Nie jestem szczerze wielkim sympatykiem improwizujących wokalistów, nagranie Joelle z Lauren Newton raczej tego nie zmieni, choć obiektywnie ciekawe, słychać, też że obie Panie znają się dobrze, Lauren ze sporym wyczuciem kontruje brzmienie kontrabasu swoimi wokalizami – najchętniej jednak wracam do fragmentów melodeklamowanych, w których muzyka zderza się ze słowem. 
 
Ostatnie dwie płyty wypełniają nagrania pochodzące z festiwalu Krakowska Jesień Jazzowa, byłem wtedy wśród publiczności w klubie Alchemia, miałem również okazję pisać o tych wieczorach dla czytelników Jazzarium – to zawsze specyficzna sytuacja móc wrócić w domowym zaciszu do koncertu, którego było się uczestnikiem – często percepcja zmienia się diametralnie, pamieć okazuje się zawodna, dotyczy bardziej kontekstu sytuacyjnego, mniej samej muzyki.
 
Spotkania z Joelle Leandre, Evanem Parkerem, Zlatko Kaucicem oraz Augusti Fernandezem opatrzone zostały, zasłużenie, tytułem “mistrzowie improwizacji”. Nagranie w kwartecie, jak na realia boxu to skład ogromny, pokazują jak rożnorodna może być muzyczna komunikacja i dźwiękowa ekpresja. Pierwszy fragment wybrzmiewa pulsującą, kotłującą aż w końcu niepohamowaną energią (szamańskie okrzyki Joelle potęgują odczucie dźwiękowego katharsis), w drugim więcej jest skupienia, ciszy, wymiany krótkich, nerwowych fraz.
 
Duety okazują się być chyba jeszcze ciekawsze. Dwa z Evanem Parkerem, zwłaszcza drugi hipnotyzuje spiralnymi, splątanymi liniami melodycznymi kontrabasu arco i saksofonu. Jeden duet z Augustim, którego temperament muzyczny pod wieloma względami przypomina Joelle – grę katalończyka wypełniają perkusyjne kaskady dźwięków fortepianowych klawiszy oraz szarpanych strun. Moje ulubione jednak są, chyba nawet w kontekście całego boxu, spotkania ze Zlatko Kaucicem. Zlatko skupia się tutaj bardziej na perkusjonaliach, fantazyjnej kolorystyce oraz brzmieniowych akcentach, ale pojawiają się też rytmiczne radosne gonitwy dźwięków. 
 
“A Woman’s Work” to wydawnictwo z rozmachem, z oczywistych względów nie jest  adresowane do przypadkowych słuchaczy, choć, paradoksalnie, muzyka tutaj zawarta może być bardzo dobrym wprowadzaniem w przebogatą twórczośc artystki. Ze względu na objętość jest to raczej propozycja dla zadeklarowanych fanów. Każdy, kto ceni muzykę Joelle Leandre, znajdzie tutaj mnóstwo dźwięków dla siebie. Trudno jednak wyobrazić mi sobie, by wobec sztuki francuskiej artystki pozostać obojętnym – zachęcam więc gorąco do zapoznania się z nią każdego, zwłaszcza tych, którym nazwisko nie jest to znane. 
 
Jubilatce tymczasem, dziękując za dotychczasowe dźwięki, serdecznie życzymy kolejnych wielu lat na scenie, oby takich jubileuszów było jak najwięcej.