Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej: Dave Holland

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

W 1968 r. w londyńskim Ronnie Scott’s Jazz Club Miles Davis i Philly Joe Jones usłyszeli 20-letniego kontrabasistę Dave’a Hollanda, członka zespołu, otwierającego przed wydarzeniem wieczoru – koncertem tria Billa Evansa. Davis tak zachwycił się grą Hollanda, że od razu zaoferował mu miejsce w swoim zespole – nie we własnej osobie, wiadomość przekazał Jones; młody Anglik miał zastąpić Rona Cartera, cieszącego się zasłużoną opinią jednego z najwybitniejszych kontrabasistów jazzowych. 20-letni Holland zdążył jednak nabrać doświadczenia, gdy akompaniował Joe Hendersonowi, Benowi Websterowi i Colemanowi Hawkinsowi czy gdy grał w towarzystwie krajanów, Johna McLaughlina, Evana Parkera czy Johna Surmana. Należy do generacji kontrabasistów, na których grę znacząco wpłynęły eksperymenty, jakie ze swoimi instrumentami czynili Gary Peacock czy Scott LaFaro, rozszerzający zakres możliwości wykorzystania kontrabasu i jego roli w zespole. Pasował jak ulał do tego, co zamierzał przygotować Davis, czyli mariaż jazzu, rocka i funku.

Dave Holland urodził się 1 października 1946 r. w angielskim Wolverhampton i jako czterolatek nauczył się grać na ukulele. Po krótkim flircie z pianiem i gitarą, zakochał się w basie, rzucił szkołę w wieku 15 lat, by poświęcić się muzyce. Wszystko zmieniło się, gdy w magazynie „Down Beat” przeczytał o kontrabasiście Rayu Brownie, który został przez prestiżowe czasopismo okrzyknięty „najlepszym basistą roku”, Holland poszedł do sklepu płytowego i kupił nagrania, na których Brown akompaniuje Oscarowi Petersonowi. Zapragnął grać jazz. Tydzień później miał już kontrabas, który kupił z pieniędzy jakie zarobił na sprzedaży gitary basowej, i studiował grę Charlesa Mingusa i Jimmy’ego Garrisona. W 1964 r. przeprowadził się do Londynu, gdzie uczył się pod kuratelą Jamesa Edwarda Merretta, ówczesnego pierwszego kontrabasisty w The Philharmonia Orchestra. Nauczył młodego kontrabasistę czytać i namówił, by złożył wniosek o stypendium w prestiżowej Guidhall School of Music and Drama. Tam Holland poznawał mnogość muzycznych języków – od klasyki po jazz nowoorleański i be-bop. Poza Mingusem, Peacockiem i LaFaro, inspirował się teraz także Bartokiem. Za dnia. Nocą Dave Holland był wziętym kontrabasistą, regularnie występującym w najsłynniejszym londyńskim klubie jazzowym, Ronnie Scott’s. Tam wypatrzył go Miles Davis.

 

Po kilku dniach Holland siedział już w samolocie do Nowego Jorku, gdzie miał wziąć udział w nagrywaniu takich arcydzieł jak „In a Silent Way”, „Bitches Brew” czy „Filles de Kilimanjaro”. Jego przygoda z Davisem zakończyła się w 1970 r., gdy Holland odszedł, by zająć się własnymi projektami; jego miejsce zajął Michael Henderson. Ale Holland był już na mapie – okazał się jednym z tych muzyków, którzy mieli wystarczająco talentu i pomysłu na swoją muzykę, że udało im się wykorzystać grę u boku najsławniejszego muzyka jazzowego na świecie i skupić trochę blasku na sobie.

Na początku lat 70 zaangażował się w projekt Circle – awangardową grupę, którą stworzył z Anthonym Braxtonem, Chickiem Coreą i Barrym Altschulem. Muzyka formacji była wyzywająca i trudna, ukazała się wówczas tylko na jednej płycie i to jeszcze jako „Circulus” Chica Corei. Zespół przestał istnieć dwa lata później, gdy odszedł z niego Corea, jednak Holland zdążył nawiązać bliski kontakt z wytwórnią ECM, z którą pozostanie związany aż do dziś. W 1972 r. Holland wziął udział w nagrywaniu kolejnego wielkiego, nietuzinkowego dzieła, płyty „Conference of the Birds”, na której zagrał z Samem Riversem, Braxtonem i Altschulem. Tytuł albumu pochodzi z utworu perskiego poety Farida al-Din Attara. Każda z sześciu kompozycji ma formę otwartą, rozpoczynająca się od nastrojowego, delikatnego nawet tematu, wpadając w zbiorowe improwizacje. Tak przy okazji – jest wspaniała i jest to jedno z największych dokonań Hollanda. Od Riversa kontrabasista zaczerpnął także swoje artystyczne credo: „Niczego nie zostawiaj z boku – zagraj wszystko”. Gra wiele jednak zawsze z klarowną intencją; nie popisuje się stylistycznym inkrustowaniem, nie wpada w pustosłowie. Kompozycje Hollanda charakteryzuje otwartość i odwaga, chęć podejmowania ryzyka ale także melodyjność, matematyczna precyzja i klarowność. Melodyjność i awangardowość. Tak jest.

Współpraca z Braxtonem miała ciąg dalszy w albumach takich jak „New York, Fall 1974” czy „Five Pieces”, występował także ze Stanem Getzem i triem Gateway, które tworzył wraz z gitarzystą Johnem Abercrombiem i perkusistą Jackiem DeJohnettem, z którym wcześniej pracował u Davisa. Grupa ta pracowała nieregularnie przez następne 25 lat.

Poza prowadzeniem własnego kwintetu, kontrabasista ostatnie dekady poświęcał nauczaniu, prowadząc warsztaty letnie w Banff School of Music w kanadyjskiej Albercie a także nagrywaniem u boku dawnych przyjaciół, jak Herbie Hancock – Holland wziął udział w nagrywaniu nagrodzonej statuetką Grammy „River: The Joni Letters” – Bettie Carter, Joe Henderson, Roy Haynes, Pat Metheny czy Hank Jones. Poza kwintetem, założył także swój czwarty kwartet jak również big band, którego płyty „What Goes On Around” i „Overtime” zostały obsypane nagrodami. Album ukazał się nakładem wytwórni Dare2. Założonej przez Hollanda. W 2009 r. stanął na czele grupy Overtone Quartet, którą stworzyli także pianista Jason Moran, saksofonista Chris Potter i perkusista Eric Harland, prowadził także oktet i bóg jeden wie co jeszcze, a całkiem nie tak dawno przypomniał o sobie – jakby ktoś potrzebował przypominania – mocno funkowym albumem „Prism”, który nagrał z udziałem swojego kwartetu: z gitarzystą Kevinem Eubanksem, perkusistą Ericem Harlandem i pianistą Craigiem Tabornem.