Jazz Jantar: Jason Moran - nowa era jazzu

Autor: 
Matt Shudell, "The Washington Post"
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Jason Moran został  ogłoszony nowym doradcą do spraw jazzu w Kennedy Center w Waszyngotnie. Jego praca na tym stanowisku może mieć istotny wkład w rolę, miejsce i znaczenie jazzu w amerykańskiej kulturze i świadomości. W oczywisty sposób przeniesie się to także na obecność tej muzyki w świecie. Dlatego też postanowiliśmy podzielić się z naszymi czytelnikami tekstem, jakim " The Washington Post", piórem Matta Shudella, przedstawia swoim czytelnikom nowego mieszkańca i ważną figurę stolicy.

Podczas popołudniowej próby w Kennedy Center Terracae Theater pianista Jason Moran został poproszony o nagranie jingla dla serwisu NPR – "Auld Lang Syne". Nie do końca pamiętał melodię tego noworocznego szlagieru, więc poprosił, by ktoś mu ją zanucił. Przez kolejne trzy minuty, kiedy siedział przy fortepianie, tkał piękną improwizację, przemieniając ten dość mocno ograny moty w delikatny, jazzowy hymn. Tworzył harmonie, zmieniał tonacje, wpowadzał elementy zupełnej abstrakcji – nie porzucając przy tym melancholijnego nastroju tej kompozycji. To była tylko subtelna próbka tego, w jaki sposób 36-letni Moran otwiera nową erę w jazzie.
 

 

Jest on prawdopodobnie najbardziej wpływowym muzykiem jazzowym, w okolicach 40. roku życia. Już dawno zyskał sobie szacunek muzyków i publiczności. Obecnie, w błyskawicznym tempie, zdobywa uznanie także w oczach rozlicznych instytucji publicznych. W zeszłym roku przyznano mu słynne, warte pół miliona dolarów, stypendium MacArthura, zwane grantem geniuszy. Ostatnim potwierdzeniem jego pozycji jest zatrudnienie angaż w waszyngtońskim Kennedy Center na stanowisku artystycznego doradcy do spraw jazzu.

On ma wizję – mówi Kevin Struthers, dyrektor programowy do spraw jazzu w Kennedy Center – Chcemy, by mógł ją zrealizować u nas.

Moran przejął biurko po stanowisko po tym, który powołał je do życia – zmarłym w grudniu ubiegłego roku Billy'm Taylorze – pianiście, nauczycielu i promotorze jazzu. Kiedy Taylor przyszedł do Kennedy Center, organizowano tam ledwie cztery jazzowe wydarzenia w roku. Billy szybko zmienił ten wynik na 150.

To zaszczyt kontynuować to, co rozpoczął Billy. Traktuję to jako wyzwanie: jak rozwijać coś, co Taylor stworzył tak dobrze i tak wyraziście? – mówi Moran.

Efekt jego pracy nie będzie widoczny od razu, ale z pewnością odzwierciedlać będzie jego poszukującą, otwartą, eklektyczną osobowość.

Jason myśli w sposób bardzo nowoczesny, przy jednoczesnym głębokim szacunku dla przeszłości – mówi o Moranie Charles Lloyd, nestor saksofonu, który przed czterema laty zaprosił pianistę do swego kwartetu. – Kocha muzykę we wszystkich jej obliczach i we wszystkim, co ją otacza. Ma wrażliwość bardzo cichą i bardzo głęboką.

Przez ostanie 18 miesięcy Jason Moran z jednego z wielu bardzo zajętych muzyków, stał człowiekiem-instytucją. Poza stypendium MacArthura, pracą dla Kennedy Center dołączył do kadry pedagogicznej New England Conservatory, a wraz z zespołem Lloyda przejechał w trasie praktycznie cały świat.
Jego album z roku 2010 zatytułowany "Ten" został z miejsca obwołany współczesnym klasykiem. Magazyn "Down Beat" umieścił go na swoje okładce, kiedy w ankiecie krytyków uznany został za muzyka roku, pianistę roku, a płytę "Ten" wybrano albumem roku.
 


Moran ma opinię dojrzałego ponad swój wiek. Na umówiony wywiad stawił się w garniturze i pod krawatem. Przez całą rozmowę ani razu nie odebrał dzwoniącej komórki, ani nie spojrzał na napływające SMS-y. Często jednak przerywał wywiad, zanosząc się od śmiechu a z tematów jazzowych płynnie i ze znawstem przechodził na kwestie malarstwa, tańca czy wzornictwa.

Właśnie szansa współpracy z przedstawicielami innych dziedzin sztuki była jednym z kluczowych argumentów, które skłoniły go do podpisania trzyletniego kontraktu z Kennedy Center.

Moran współpracował dotąd z filmowcami, komponował muzykę do spektakli tanecznych i sztuk teatralnych. W Waszyngtonie chce wyprowadzić muzykę poza sale koncertowe Centrum Kennedy’ego. Chciałby również zaprosić do współpracy inne, niezwiązane dotąd z jazzem organizacje.

Do jego obowiązków w Kennedy Center należeć będzie także rozwijanie programu edukacyjnego, rozpoczętego przez Taylora. Na podstawie własnych doświadczeń jako wykładowcy, Moran jest przekonany, że:
Jazz może trafiać do ludzi w każdym wieku, jeśli tylko będą mieli szansę go posłuchać.
To tylko kwestia odpowiedniego nastawienia. Niektórzy studenci wciąż zakochują się w idei improwizacji. To zdarza się codziennie.

Za pieniądze ze stypendium MacArthura Moran ma nadzieje upowszechniać język jazzu w amerykańskim kulturowym krajobrazie. Biorąc pod uwagę fakt, że jako muzyk pracuje zdecydowanie więcej po drugiej stronie oceanu, ma nadzieję przywrócić miłość do jazzu w jego ojczyźnie.

Chciałbym przywrócić muzykę na te tory, po których dawno nie kursowała. Chciałbym promować sztukę jako cześć zdrowej, amerykańskiej diety.

Gdyby nie kilka zbiegów okoliczności, Moran być może wcale nie byłby pianistą, a na pewno nie pianistą jazzowym. Gdy miał sześć lat, jego rodzice zapisali go do szkoły Suzuki, gdzie zaczął naukę gry na pianinie.

Wykazywał spore zainteresowanie instrumentem i nieprzeciętnyi talent, więc szybko rozpoczął prywatną naukę u absolwenta moskiewskiej akademii muzycznej. Młody Moran wykazywał jednak sporą aktywność na innych polach, takich jak hip-hop, jazda na deskorolce, filmy kung-fu, węże oraz golf. (Podczas całej naszej rozmowy uchylił się od odpowiedzi na jedno tylko pytanie: o swój handicap).

Rodzice regularnie zabierali Jasona i jego dwóch braci na koncerty muzyki poważnej, do muzeów, galerii i na balet. Ojciec, bankier, miał w swojej kolekcji przeszło 10 000 płyt, a dom Moranów rozbrzmiewał na co dzień muzyką Jamesa Browna, Beatelsów, Johna Coltrane'a czy Vladimira Horovitza.

Jego starszy kuzyn, Tony Llorens, grał na pianinie w zespole bluesowego gitarzysty Alberta Kinga. Czasem odwiedzali oni dom Moranów. Jak dziś wspomina Jason, wtedy właśnie pierwszy raz zobaczył kogoś, komu gra na pianinie sprawia autentyczną przyjemność. Nie grając z nut, ani tym bardziej z książki z etiudami, Llorens po prostu siadał do instrumentu i stwarzał hulaszczą, zawadiacką atmosferę w rytmie boogie.
 

 

Kolejnym odkryciem w życiu młodego Morana była muzyka Theloniousa Monka. Do dziś tkwi w nim gdzieś dreszcz, jaki poczuł, gdy po raz pierwszy usłyszał "Round Midnight".
Miałem wtedy 14 lat. To była dla mnie totalna transformacja.

Na początku nie miał pojęcia o zasługach Monka jako prekursora bebopu lat 40. Ważniejsze było dla niego sposób jego gry: uderzane, jakby poszturchiwane linie basowe i to, tak bardzo fizyczne, podejście do instrumentu, przypominało mu, tak przez niego podziwianych, artystów hip-hopowych.

Od tego momentu Morana pochłonął jazz. Ćwiczył po kilka godzin dziennie i słuchał każdego nagrania Monka, jakie tylko wpadło mu w ręce. Gdy tych zabrakło, sięgał po wszystkich, którzy z Monkiem mieli okazję grać. Na przesłuchaniu do liceum Sztuk Performatywnych i Wizualnych w Huston zagrał "Ruby, My Dear".

W 1993 roku Moran przeniósł się do Nowego Jorku i zapisał do Manhattan School of Music, gdzie studiował pod kierunkiem trzech wielkich, niedocenionych mistrzów: Jakiego Byarda, Andrew Hilla i Muhala Richarda Abramsa.

Jego relacja z Byardem, którego okoliczności śmierci, w wyniku odniesionych ran postrzałowych, pozostają niewyjaśnione do dziś, przypominała stosunek czeladnika do mistrza. Byard, który zwykł mieszać ze sobą najróżniejsze muzyczne style, nauczył Morana by ufać własnemu instynktowi.
Oryginalny styl Morana dał o sobie znać już w 1999 roku, gdy ukazała się jego płyta "Soundtrack to Human Motion".

Dziś czuje się równie swobodnie, interpretując muzykę Brahmsa lub Ravela, jak grając jazz. Sporadycznie Moran występuje wraz ze swoją żona, Alicią Hall Moran, śpiewaczką operową, która obecnie przygotowuje się do roli Audry McDonald w brodway'owskiej wersji "Porgy and Bess".
W niektórych kompozycjach wykorzystuje Moran zarejestrowane na taśmie głosy. Inspiracją dla innych są płótna Egona Schiele czy Jeana-Michela Basquiata. Na swojej płycie solo, wydanym w 2002 roku albumie "Modernistic", Moran reinterpretuje stride Jamesa P. Johnsona z lat 20., utwór hip-hopowy, standard "Body and Soul", a także kompozycję Roberta Schumanna.


Krytyk jazzowy Gary Giddins obwołał ten album "jedną z najlepszych płyt piano solo od czasów Theloniousa Monka. Nie wspominając o niewiarygodnej wręcz technice, Moran ma zarówno wyobraźnię, jak i rzadką inteligencję, która pozwala mu spoglądać w wielu rożnych kierunkach".

Nie chcę, by moje płyty były w jakiś sposób przewidywalne. Jednocześnie zawsze pozostaję w jakieś relacji z tym, co swoje korzenie ma 60 albo i 90 lat temu.

Tego rodzaju eksperymenty sprawiły, że stał się niezwykle popularny i wpływowy wśród młodych muzyków, jednak wywołały też niechęć pewnej części starej gwardii. Krytyk Stanley Crouch ma mu za złe, że sięga po hip-hop, zamiast głębiej zapuszczać się w tradycyjny, swingowy, jazzowy idiom.

Moran słucha słów krytyki, czasem ją przyjmuje. Z uśmiechem wspomina jedno ze spotkań z Billym Taylorem, który powiedział mu: „Jason, grasz sporo pięknych melodii, ale gdzie są twoje akordy?". Zaraz potem Moran wziął się ostro do pracy nad pogłębieniem swojej palety harmonicznej.

Choć czasem budzi to konsternację publiczności, Moran jest zdeterminowany by szukać w jazzie swojej własnej ścieżki.

Jazz to tak wielka idea. Dlaczego chcemy ją ograniczać? Jazz zmienia się i ewoluuje. Dlaczego mielibyśmy zamykać go w pudełku?