Inspirujący akompaniator - Eddie Gomez obchodzi dziś 72 urodziny.

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

Nie jest łatwo znaleźć dobry akompaniament. Wiadomo – nie po to się człowiek uczył i poświęcał żeby teraz tylko stać w drugim szeregu, przygrywając innym, większym od siebie. Nie po to się pracowało, żeby pomagać innym w budowaniu kariery samemu zgadzając się na pominięcie. Dobry akompaniator musi zgodzić się z faktem, że nie on będzie na pierwszym planie – tam będzie albo lider, albo – jak w przypadku tria Billa Evansa – kompozycja. Kompozycja ponad wszystko. Reszta to tylko ornamentyka. Eddie Gomez, portorykański kontrabasista robiący furorę w Nowym Jorku, miał podobne zdanie.

Eddie Gomez urodził się w Santurce w 1944 roku.  Nie skończył jeszcze 10 lat gdy jego rodzina wyemigrowała – na jego szczęście do Nowego Jorku. Tam przyszły basista wystawiony był na nieustające działanie muzyki. Szczególnie muzyki jazzowej, ukochanej przez nowojorskie dzielnice studenckie i artystyczne. Gdy skończył 11 lat, Gomez rozpoczął w szkole naukę gry na kontrabasie. Dwa lata później zmienił szkołę i uczęszczał do New York High School of Music and Art. W 1959 roku występował podczas festiwalu w Newport w zespole młodych talentów, dowodzonym przez Marshalla Browna. Swoją edukację muzyczną zakończył w Mekce jazzowego nauczania – szkole Juilliard.

 

Gomez miał imponujące CV – uczył się u samych najlepszych, zdobył najwyższe kwalifikacje, był cenionym talentem. Każe drzwi były przed nim otwarte na oścież. Gomez występował z Bennym Goodmanem, Gerrym Mulliganem, Milesem Davisem, Herbiem Hancockiem, Tonnym Wiliiamsem. Magazyn „Time” ujął to w prostych słowach: „Eddie Gomes  has the world on a string”. Faktycznie, młody kontrabasista stał na szczycie świata.

W 1966 Gomez spotkał być może najważniejszą postać swojego muzycznego życia. Pianista Bill Evans był już wówczas doskonale znaną osobistością w jazzowym środowisku. Ogromną popularnością cieszył się ze względu na występy z grupą Milesa Davisa a później z własną grupą. Evans zrewolucjonizował pojęcie gry w trio; dotychczas granie w takim układzie oznaczało, że jest lider na którym koncentruje się uwaga i muzycy mu towarzyszący. Evans nie chciał powielać tego schematu – w jego zespole wszyscy mieli równie ważny głos. Jeden z najsilniejszych należał do kontrabasisty Scotta LaFaro. Gdy kontrabasista zginął w wypadku samochodowym w 1961 roku, zastąpił go Chuck Israelis, który występował z Evansem przez pięć lat. W 1966 roku przyszła kolej na kolejną zmianę w składzie i pianista namówił do współpracy Eddiego Gomeza – pracowity, wykształcony i rozumiejący ideę, pasował jak ulał. Basista występował u boku Evansa przez jedenaście lat.  W 1968 roku, nowe trio zdobyło nagrodę Grammy za płytę „Bill Evans at the Montreux Jazz Festival” (było to jedyne nagranie pianisty z perkusistą Jackiem DeJohnettem). W tym samym roku do grupy dołączył perkusista Marty Morell i pozostał w niej do 1975, gdy zdecydował się na muzyczną emeryturę. Jak się okazało – było to najstabilniejsze i najdłużej pracujące trio w karierze pianisty.

 

Po odejściu Morella, Evans i Gomez nagrali dwie płyty w duecie a w 1978, kontrabasista odszedł z zespołu. Odszedł od Evansa i niestety na jakiś czas zszedł tym samym na boczny tor. Ale wcale nie na długo, bo przecież musimy pamiętać, że razem ze znakomitym perkusistą Stevem Gaddem był częścią innego wielkiego trio, tym razem Chicka Corei.  Do dziś krytycy i jazzfani na całym świecie wspominają czasy kiedy to ze słynnym pianistą występowały na zmianę dwie wyśmienite sekcje rytmiczne, wspomniany Gadd / Gomez i Miroslav Vitous / Ray Haynes.  Był też czas kiedy rozgorzał nawet spór która z nich jest lepsza i która pełniej oddaje artystyczne zamysły Corei. Spór jałowy w samej swej istocie, choć charakterystyczny i dla dziennikarskiej chęci klasyfikowania i właściwy żywej potrzebie publiczności namaszczenia muzyków mianem bohaterów. Tak więc słynny sideman i słynny akompaniator znalazł swoje miejsce w jazzowej historii.  Nie tylko jako basista Billa Evansa i CHicka Corei, ale także jako wirtuoz, któremu z równym powodzeniem przychodziła stawać na deskach Carnegie Hall, w towarzystwie Kronos Quartet czy Arta Garfunkela albo Marka Knopflera.

Od 1974 roku swoją kartę zaczął zapisywać także jako lider własnych zespołów. Od czasu albumu „Intuition” i  nagrał jeszcze ponad 20 płyt, ale w tej dziedzinie już nie odniósł szczególnie wielkiego sukcesu. Miejsca w panteonie wielkich basowych sław nikt mu już jednak nie odbierze. Ostatni album Gomeza to „Live in Mexico City” z 2012 roku.