Grać inaczej od pozostałych dziewcząt i chłopców - dziś urodziny Billa Frisella

Autor: 
Mateusz Magierowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat.prasowe

Bill Frisell to niewątpliwie jeden spośród tych jazzowych gitarzystów, których brzmienia nie sposób pomylić z jakimkolwiek innym, a jednocześnie artysta otwarty na szerokie  spektrum niekoniecznie jazzowych inspiracji.  We Frisellowym jazzie odnaleźć możemy - by na wstępie ograniczyć się do inspiracji bodaj dlań najważniejszej - rozliczne tropy, wiodące słuchacza do bogatego skarbca amerykańskiej tradycji muzycznej, w którym odnajdziemy tradycyjny blues, folk z Apallachów, bluegrass czy country. Tego ostatniego gatunku rozpoczynający swoją muzyczną przygodę grą na klarnecie (który z perspektywy czasu określił jako „the most uncool instrument you could be playing”) gitarzysta szczerze nienawidził, niepomny tego, że za kilkadziesiąt lat nagrywać będzie takie krążki jak nawiązujące do tradycji country i bluegrassu „Nashville”. 

Nim jednak doszło do przygotowywania płytowego materiału dla renomowanych wytwórni w życiu Williama Richarda Frisella musiał pojawić się ktoś, kto dojrzy w zapalonym do gry na gitarze za sprawą twórczości Wesa Montgomery'ego i Beatlesów młodzianie talent, zachęci go do ciężkiej pracy i pokaże dorobek jazzowej tradycji. Tym kimś był Dale Bruning, który w 1968 r. wziął pod swoje skrzydła nieopierzonego siedemnastolatka. Choć wśród jego późniejszych nauczycieli były takie tuzy jak Jim Hall, Bruning pozostał dla Frisella postacią szczególną, której wpływ na swoje życie w jednym z wywiadów określił mianem „nie do przecenienia”. Po ponad trzydziestu latach od pamiętnego telefonu, w którym młodzian z Colorado pytał o możliwość uczestnictwa w lekcjach gitary, Frisell stanął z Bruningiem na scenie w Seattle, dając wypełniony tymi samymi standardami, które ćwiczył pod okiem swojego pierwszego mistrza koncert - zarejestrowany i wydany pod wielce znamiennym tytułem „Reunion”.

Wróćmy jednak do czasów młodości znakomitego gitarzysty, dla którego pierwszą szkołą scenicznej - acz niekoniecznie jazzowej - praktyki było ... przygrywanie do weselnych zabaw. Podczas jednego z takich  występów grający na gitarze młodzian, nieco lekceważąco podchodzący do swojej zarobkowej działalności otrzymał reprymendę od swojego bardziej doświadczonego kolegi trębacza za nieprzykładanie się do weselnej polki. Jazzowy neofita wziął sobie te lekcję do serca, pamiętając odtąd, by starać się dostrzegać rzeczy wartościowe nie tylko w muzyce, którą gra się z największą przyjemnością.
Podczas studiów w Berklee School of Music Bill spotyka dwie postaci, które mocno zaważą na jego karierze: uczącego w klasie gitary Jima Halla (nagrał z nim po latach  krążek “Hemisphere”) oraz uczęszczającego do tej samej klasy … Pata Metheny'ego, który pamięta o Frisellu, kiedy sam nie może zagrać z Paulem Motianem. Do wielkiego bębniarza i Joe Lovano Frisell dołącza  w 1981 r., dając początek trwającej ponad ćwierćwiecze działalności jednego z najciekawszych małych składów w „poszukującym” mainstreamie. Jak sam stwierdzi po latach, telefon od Motiana był przełomem na jego muzycznej drodze: miejsce weselnych fuch zastąpiły w kalendarzu Frisella joby w najsłynniejszych klubach jazzowych i salach koncertowych.

Dwa lata później światło dzienne ujrzała pierwsza jego autorska płyta. Płyta nagrana dla nie byle kogo, bo dla samego Manfreda Eichera, poznanego podczas wyjazdu do Belgii w latach 70. Belgijska eskapada była pod względem towarzyskim naprawdę udana, bo prócz Eichera Bill poznał wówczas swoją przyszłą małżonkę – malarkę Carole d'Inverno. Materiał, który znalazł się na krążku "In Line" Frisell przygotowuje w 1982 r. w towarzystwie nagrywającego od kilku lat dla ECM-u kontrabasisty Arilda Andersena - nie tylko ze względów chronologicznych chciałoby się potraktować to nagranie jako niosące w sobie zapowiedź czegoś więcej, preludium jego dalszych muzycznych poszukiwań. W tym „więcej” pomieści się w latach 80. nie tylko dalsza współpraca z Motianem, kolejne zrealizowane dla ECM nagrania (świetnie przyjęty przez krytykę „Rambler” czy nagrany z wiolonczelistą Hankiem Robertsem i członkami swojego nowojorskiego trio basistą Kermitem Discrollem i bębniarzem Joey'em Baronem „Lookout for Hope”) ale i projekty realizowane z Johnem Zornem – czasem tak hardcore'owe jak Naked City.

 

Mając na koncie trzy nagrane dla ECM-u krążki oraz status jednego z najciekawszych jazzowych gitarzystów Frisell odczuwa w połowie lat 80. syndromy kryzysu twórczego. Inspirację do dalszej pracy znajduje podczas podróży do Karoliny Północnej, gdzie osiedli po latach jego rodzice. Muzyczną twórczość rodowitych  mieszkańców tego stanu, którą dane mu było wówczas usłyszeć, nasz bohater w jednym z wywiadów określi mianem “the heaviest music I’d ever heard”. W pamięć zapadnie mu zwłaszcza obraz grającej na banjo osiemdziesięciolatki, której muzykę olśniony jazzman kwituje równie dosadnie: “the weirdest stuff I'd ever heard”. Staruszce nigdy nie dane było odwiedzić Nowego Jorku – tego samego, w którym wówczas żył i pracował Frisell. Przekraczający właśnie wiek chrystusowy Bill otrzymuje kolejną  ważną lekcję – warto czasem wyściubić nos ze swego gniazda, nawet jeśli mieszka się w stolicy jazzowego świata, bo inspiracji bliżej i dalej można znaleźć co nie miara. Frisell w swojej dalszej twórczości skupia się przede wszystkim na tym “bliżej”, opowiadając o muzycznej tradycji Stanów Zjednoczonych swym unikalnym, wciąż jazzowym językiem. Językiem często nasyconym prostą (ale nigdy prostacką), nostalgiczną nieco liryką, wyłaniającą się z mgiełki charakterystycznego gitarowego pogłosu (vide nagrana na krążku “Good Dog, Happy Man” interpretacja XIX wiecznej ballady “Shenandoah”), innym razem zanurzającym słuchacza w mrocznej chmurze dźwiękowych eksperymentów lub porywającym go w wir zawadiackich, frywolnych harmonii.

Z pewnością określenie naszego bohatera mianem ambasadora amerykańskiej muzyki nie byłoby w tym miejscu przesadą. Pewien jednak jestem że Bill, człek ze sporym dystansem do swojej osoby, za takowego  z pewnością się nie uważa - i to zapewne nie z powodu rozlicznych odbiegających od utrzymanej w konwencji Americana nagrań, począwszy od tych inspirowanych szeroko pojętą muzyką etniczną, poprzez autorskie odczytania utworów Lennona, na projektach zornowskich skończywszy. Frisell – jak na muzyka nie stroniącego od improwizacji przystało - nie czuje się zbyt komfortowo w pooznaczanym jednoznacznymi, danymi raz na zawsze etykietami świecie. Również, a może przede wszystkim wtedy, kiedy tymi etykietami znaczy się jego samego. Z jedną z nich jednak – tą, którą przyczepił tak jemu, jak i samemu sobie Marc Ribot –  trudno się jednak nie zgodzić: ”We both play guitar differently than other boys and girls”. Ciężko o lepsze zaproszenie do świata Frisellowej muzyki.