Gil Evans! w 105 rocznicę urodzin!

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Pięć lat temu mieliśmy wielkie jazzowe święto! Setną rocznicę urodzin Gila Evansa także warto było świętować! Na rynek płytowy, wypłynęły najróżniejsze albumy wielkiego aranżera, który pomalował jazz nieznanymi wcześniej kolorami! Ukazałay się także dwa albumy Rayana Trusdella, jeden zawierający stydyjną rejestrację nowo odkrytch aranżacji naszkicowanych przez mistrza drugi dokumentujący koncert w Jazz Standards. Pierwszy omawialiśmy już drugi jest w drodze i niedługo trafi na nasze łamy w postaci recenzji. Rocznica urodzin, choć dziś już wcale nie okragła to też najlepszy czas, aby o Gilu Evansie nieustannie przypominać. Oddajmy więc głos Piotrowi Jagielskiemu. Maciej Karłowski

 

Określenia „człowiek-instytucja” powstały chyba właśnie po to, by któregoś dnia używać ich w odniesieniu do Gila Evansa. Ten spokojny, niepozorny kompozytor rodem z Kanady jest odpowiedzialny za rozwój intelektualny Milesa Davisa i wielu innych muzyków, których gościł i uczył w swoim zawsze-otwartym mieszkaniu w nowojorskiej East Village. Gil Evans wykształcił całe pokolenia muzyków jazzowych, otwierał ich na nowe rejony muzyki i oświecał swoją niepospolitą wiedzą i wyobraźnią zapakowaną w zupełnie niepozorną okładkę starszego, nieco wysuszonego człowieka. Do mieszkania Evansa zaglądali w poszukiwaniu porady sami najwięksi – Charlie Parker, Gerry Mulligan, Cannonball Adderley, Lee Konitz czy młody Davis. Dom kompozytora przypominał laboratorium, w którym wykluwały się wielkie pomysły i wielkie albumy – między nimi „Miles Ahead”, „Porgy and Bess” czy „Sketches Of Spain”.

To bardzo wymowne, że najsilniej zawodowo związał się z niepokornym trębaczem. Wielce utalentowany i równie trudny w obsłudze Davis wydawał się niemal drugą, zaginioną i ciemniejszą stroną Evansa. Miles z pokorą przyjmował rady starszego kolegi; ten zaś w Davisie znalazł motor napędzający do nowych wyzwań, element łączący go z nowoczesną muzyką. Być może jeden nie istniałby bez drugiego. Te żywoty równoległe, na pozór tak niemożliwe do pogodzenia, były sobie niezbędne do funkcjonowania na tak wysokim poziomie. Zaczęło się bardzo zwyczajnie – przygotowując się do sesji nagraniowych do albumu „Birth Of The Cool”, Davis został poproszony przez producenta George’a Avakiana o wybranie jakiegoś profesjonalnego aranżera. Miles nie miał żadnych wątpliwości i od razu odpowiedział „Gil Evans”.

Tak się właśnie wszystko zaczęło; dość niepozornie. Aranżer miał decydujący wpływ na muzyczny język Davisa – to on pokazał mu, jakie krainy leżą poza jazzem – przede wszystkim muzyka klasyczna i orkiestrowa. Miles był uwiedziony a wyraz swojemu uczuciu dał nagrywając Gershwinowskie „Porgy and Bess”, bogato zaaranżowane i bardzo radykalne w swoim wyrazie. Miles był buntowniczy z natury a sytuacja społeczna czarnoskórego muzyka w Ameryce lat 50. nie pomagała mu w odnajdywaniu spokoju. To właśnie Gil sprawił, że trębacz skanalizował swoją złość w twórcze rejony – „Porgy and Bess” jest głębokim wyrazem narastającej frustracji. Gershiwnowska praca jest w tym wydaniu niemal manifestem przeciwko komercjalizacji muzyki jazzowej i „używaniu” muzyków.

Evans umiał znakomicie dostosować język wymierających big-bandów do potrzeb Davisa. Nawet jeśli jego muzyka zakorzeniona była w be-bopie i swingu, nie spoglądał tęsknie za siebie. To kolejna cecha, która musiała spodobać się Milesowi – obaj panowie szanowali to, co było, ale znacznie bardziej ciekawi byli tego, co będzie. I zamierzali aktywnie uczestniczyć w kształtowaniu się przyszłości. Evans nie zamierzał się również przejmować różnicami stylistycznymi – sprawy tak błahe chyba nawet nie wpadały do jego umysłu. Gdy kończyła się złota epoka muzyki, lata 60., Gil czuł się zdołowany. Dręczyły go koszmary dostosowywania się do potrzeb rynku i coraz większe trudności na jakie natrafiał, chcąc tworzyć swoją muzykę. Z depresji wyciągnęła go jego żona, wkładając mu w dłoń płyty Jimiego Hendrixa. I Evans – jak wielu innych - na nowo uwierzył w moc twórczą za sprawą gry gitarzysty z Seattle. Na początku lat 70., stworzył nowy zespół i zajął się aranżowaniem utworów Hendrixa, które wobec nagłej śmierci gitarzysty, okazały się pośmiertnym hołdem. Siwy starszy pan zaczął eksperymentować odważnie z rockiem, elektrycznymi instrumentami, free jazzem i fusion. Mało który starszy pan zdecydował się na tak radykalne odejście od dobrze znanego sobie gruntu i ryzykowanie wystawienia się na śmieszność. Ale umysł tego wielkiego muzyka i myśliciela działał inaczej niż umysły wszystkich innych – jemu udało się nie zestarzeć. Na dwa lata przed śmiercią zdążył jeszcze napisać muzykę do filmu Martina Scorsese „Kolor pieniędzy”. Pozostał młody aż do swojej śmierci w 1988 roku w meksykańskim mieście Cuernavaca. Tym samym, w którym zmarł Charles Mingus.