Geri Allen - wielka postać wielkiej jazzowej pianistyki nie żyje.

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Jeszcze nie tak dawno świętowaliśmy jej urodziny, jeszcze niedawno wspominaliśmy jej wspaniałe nagrania tęskniąc za jej przyjazdem do Polski w regularnie pracującym z nią working bandem. Dzisiaj tęsknić będziemy za nią ponieważ nie odwiedzi nas już nigdy.

Przedwczoraj 27 czerwca zmarła Geri Allen. Jedna z najważniejszych osobowości nowoczesnego jazzu. Nie była w Polsce przesadnie popularna. Odrobinę sytuację tę zmieniła Aga Zaryan zapraszając ją do nagrania swojej jak na razie ostatniej płyty poświęconej Ninie Simone i Abeby Lincoln, ale Geri Allen zanim przyjęła zaproszenie Agi była jużod bardzo dawna wielką gwiazdą światowego jazzu.

 

Wielu z nas pewnie pamięta, że jej początki to tak naprawdę uczestnictwo szalonym, wspaniałym i ogromnie ważnym dla rozwoju jazzu ruchu M-Base. Wówczas działała razem z m.in. Cassandrą Wilson, Gregiem Osbym u boku jego najgłówniejszego architekta Steve’a Colemana.

Jej dalsza kariera jednak wcale nie miała być ściśle z M-Basem związana. Pianistyczne zainteresowania Geri Allen daleko poza M-Base wykraczały. Wielu krytyków pisało o niej, że jest kwintesencją tego czym powinien być mainstreamowy pianista. Sama Geri pewnie zaprotestowałaby słyszać takie słowa, bo przez całe oprócz tego, że zgłębiła trudną i rozległą sztukę gry na fortepianie w mistrzowski sposób, to jeszcze sporo energii poświęciła, aby działać na rzecz kobiet w jazzie i w ogóle w społeczeństwie, które cokolwiek by nie myśleć i jakie wiele przeczących temu przykładów nie szukać, były i wciąż są w zmaskulinizowanym świecie trochę jak „dzieci gorszego Boga”.

Ale Geri udowodniła, że można będą kobietą zajmować pozycje zarezerwowane dla mężczyzn. Przez całe lata Charcie Haden nie wyobrażał swojego tria ani bez Paula Motiana, ani bez niej i razem z nią odwiedził nie tylko większość najważniejszych festiwali na świecie, ale nagrał kilka płyt ocenianych w przeważającej większości po prostu jako masterpiecies.

Był czas kiedy każdą z nich zasłuchiwałem się do nieprzytomności i wyczekiwałem z wypiekami na twarzy bodaj najmniejszych wzmianek kiedy ukaże się kolejna. Od czasu do czasu zresztą chętnie i dziś do nich wracam wspomiając czym może być teoretycznie tylko skończona formuła jazzowego fortepianowego tria.

Pamiętam też jedną płyt, które zrobiły na mnie być może większe jeszcze wrażenie. Album koncertowy o znamiennym tytule „Feed The Fire”. Nie tylko zresztą muzyką nań pomieszczoną, ale też towarzystwem, w jakim Geri  Allen wówczas zobaczyłem. Do tamtej pory znałem ją jako frontmankę niemalże, a jeśli nie, to równoprawnego członka zespołu, którego gra lśni blaskiem zdumiewającym. Tam jednak była częścią składu akompaniującego wielkiej Betty Carter – być może jedynej prawdziwie jazzowej divie. W sekcji rytmicznej Dave Holland i Jack DeJohnette, a Geri za klawiaturą fortepianu i wówczas okazało się, że jej pirotechniczne umiejętności (tak o nich wówczas myślałem) potrafią, kiedy zachodzi taka potrzeba, zostać zaprzęgnięte w tryby szalenie wyrafinowanego i wcale nie mniej brawurowego akompaniamentu. A inteligentnie i z zachowaniem własnej osobowości grać w zespole śpiewaczek nie jest łatwo. Później okazało się, że nic w tym dziwnego, bo przecież jeśli studiowało się pod okiem takiego mistrza jak Kenny Barron, to takiej lekcji pewnie zapomnieć nie sposób. Byli w śród jej nauczycieli także inni wspaniali muzycy ot choćby trębacz i aranżer Marcus Belgrave czy gwiazda formacji The Roots saksofonista Natan Davis.

Prędko okazało się, że sama Geri Allen dzięki swojemu talentowi, doświadczeniu, wiedzy i apetytowi na muzykę sama stała się nauczycielem następnych pokoleń muzyków. Myślę, że dziś Kasa Overall, Kenny Davis, Maurice czy Maurice Chestnut ronią szczególnie gorzkie łzy za swoją mistrzynią.

Miała też Geri Allen, oprócz trudnych do zliczenia wspaniałych płyt i intrygujących kolaboracji jedną nad wyraz wyjątkową. Zapewne nie uszło to uwadze naszych czytelników, jak rzadko w swoich składach na przestrzeni lat grywał z pianistami wielki innowator Ornette’ Coleman. Powstało, być może anegdotyczne w jakiejś mierze, ale też i z drugiej strony potwierdzone jego dyskografią przypuszczenie, że Ornette nie lubił tego instrumentu. Bardziej jednak prawdopodobne wydaje się, ze tak naprawdę nie zdarzyło mu się nazbyt często spotkać na swojej artystycznej drodze takich pianistów, którzy zmieściliby się w oczekiwany sposób w koncepcji jazzu harmolodycznego. Niektórzy jednak się mieścili. Bodaj pierwszym był Paul Bley, z pewnością ostatnią była właśnie Geri Allen.

Jeśli ktoś z jakichś powodów nie doświadczył na własne uszy muzyki z albumów Sound Museum, tych cudownie kolorowych i zapierających dech w piersiach o podtytułach Three Woman i Hidden Man, ten niech czym prędzej tę zaległość nadrobi. Każda minuta tych albumów jest warta, każdej ceny jak przyjdzie Wam za nie zapłacić.

Będzie nam jej brakowało ogromnie. Mnie będzie brakowało jej nowej muzyki ogromnie, bo jakimś cudem udało jej się do samego końca zachować to pociągające muzyczne napięcie pomiędzy wiedza i pasją i ilekroć kładła dłonie na fortepianowej klawiaturze zmieniała jazzową rzeczywisość. I mniej ważne, choć bezsprzecznie warte odnotowania jest, że była stypendystką Guggenheima, laureatką Jazzpar Preis, American Classical Music Award od Spellman College czy harwardzkiej Alumi Award.

Dla miłośników wielkiego jazzu była nie tylko partnerem takich gwiazd jak m.in David Murray, Oliver Lake, Joseph Jarman, Reggae Workman, Andrew Cyrille, Ron Carter czy Tonny Williams, nie tylko żoną słynnego Davisowskiego pomazańca Wallace'a Roneya, ale przede wszystkim  wielkim autorytetem, tak jak kiedyś była nim i dla niej i dla świata jazzu, skądinąd też jej mentorka, Mary Lou Williams.

Geri Allen zmarła w wieku 60 lat i pokonał ją rak.