Freddie Hubbard: król hard bopu

Autor: 
Marta Jundziłł
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Wielu zarzuca mu, że decydując się na komercyjny sukces, zatracił możliwość tworzenia wielkich rozwojowych rzeczy u boku Ornette’a Colemana, czy Johna Coltrane’a. Ja natomiast cenię fascynację z jaką Freddie Hubbard konsekwentnie wykonywał muzykę bopową, rozszerzając i ubarwiając jej definicję. Dziś ten ogromnie zasłużony dla historii jazzu trębacz obchodziłby swoje 79 urodziny.

Ciąg muzycznych propozycji Freddiego Hubbarda to urzeczywistnienie największych marzeń każdego trębacza. Swoją karierę tak jak wszyscy najwięksi rozpoczął po przeprowadzce do Nowego Jorku. Tam, w 1959 wraz z kwintetem Paula Chambersa nagrał znakomitą płytę „Go”. Ten niezły jak na 21 latka start, został bardzo szybko doceniony w środowisku muzycznym. Wkrótce, przez Ornette’a Colemana został zaproszony do nagrania największego albumu muzyki free – „Free Jazz”. Rok później, sam John Coltrane zaproponował mu współpracę przy nagrywaniu płyty „Ole”. Do kompletu brakowało mu tylko współpracy z Waynem Shorterem. Już w sierpniu 1961, płytą „Ready for Freddie” udało mu się zrealizować i to marzenie. Nagranie to było już czwartym autorskim albumem trębacza. Zdolny i pracowity Freddie Hubbard jawił się więc zdecydowanie jako duża nadzieja dla postępującej muzyki improwizowanej. 

 

Na tym etapie kariery trębacz zdecydował się jednak podjąć dość zaskakującą decyzję: wrócić do muzyki z głównego nurtu. W latach 1961 – 1964 współpracował z Art Blakey’s Jazz Messengers, nieco później nagrywał z kwintetem Maxa Roacha. Wszystkie te kolaboracje mimo, że nie spełniały oczekiwań postępowych szaleńców improwizacji były nadal pełne energii, wykonawczego zapału i emocji. Lata 60. XX wieku dla Freddiego Hubbarda były nad wyraz owocne. Obok własnych projektów, roszad pomiędzy awangardą, a hard bopem, przyczynił się do największych albumów w historii muzyki: „Speak No Evil” Wayne’a Shortera, „Maiden Voyage” Herbiego Hancocka (The Eye Of the Hurricane!), a także nowoczesnego „Ascension” Johna Coltrane’a.

 

W latach 70.  nadal nie próżnował.  Na podstawie listy jego współpracowników możnaby zbudować historię muzyki jazzowej XX. wieku: Ron Carter, Herbie Hancock, Joe Henderson, George Benson, Airto Moreira, Keith Jarrett i tuzin innych, równie wielkich. Albumy takie jak „Red Clay”, czy „First Light” (Grammy 1972) to perełki muzyki rozrywkowej: melodyjne i grooviące, ale też pełne imrpowizacji i szaleńczych, instrumentalnych pogoni.

 

Autorskie płyty Freddiego Hubbarda zawsze przyciągały wspaniałych muzyków. Ale trębacz doskonale sprawdzał się nie tylko w roli leadera. Potrafił również dopasować się do ustalonych z góry zasad i z pokorą przestrzegać reguł, choćby najbardziej kapryśnych frontmanów. W 1977 wraz z super grupą, zrzeszoną przez Herbiego Hancocka – V.S.O.P. odbył międzynarodowe tournee zrzeszone nagraniem kilku koncertowych albumów. Muzyczne życie Freddiego Hubbarda bardzo płynnie przechodziło z jednej fazy, w kolejną. W latach 80. nagrywał z Joe Hendersonem, Billy’m Childsem i Larry’m Kleinem, Woody’m Shawem, Benny’m Golsonem. Płyty te nie były szczególnie przełomowe, ale ich swingujący charakter i popisowe solówki nadal stanowiły o świetnej formie i dużej muzycznej samoświadomości Freddiego Hubbarda.

Freddie Hubbard był stu procentowym muzykiem: cenił zabawę, przyjaźnie i rywalizację. Podczas jednej z imprez z innym trębaczem – Jonem Faddisem - założył się który z nich zagra wyższy i głośniejszy dźwięk na trąbce. Zakład zakończył się głęboką raną na ustach Freddiego. Muzyk pochopnie zbagatelizował wagę problemu dalej koncertując i eksploatując swoje usta. Po kilku tygodniach trzeba było operować. Efekty tej beztroskiej imprezy towarzyszyły Freddiemu do końca życia. W jednym z wywiadów, na temat straconej sprawności w ustach powiedział: I feel like a motherless child. Zmarł w wyniku powikłań, po operacji serca w grudniu 2008. Pozostawił po sobie setki płyt, nagrań, współpracy i solidną garść inspiracji. Szczególnie dla tych młodych i niepkornych muzyków, którzy znają swoje miejsce w świecie jazzu i są głusi na oczekiwania i sugestie innych.