Frank Lowe - żarliwy poryw dźwięków saksofonu

Autor: 
Piotr Wojdat
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

“Wziąłem parę płyt Coltrane’a do Wietnamu i słuchałem ich nieustannie. Jego muzyka dawała mi życie, choć śmierć czyhała na mnie bez przerwy” - tak pewnego razu w obrazowy sposób saksofonista Frank Lowe wypowiedzieć się miał na temat głównej artystycznej inspiracji. I coś musiało być na rzeczy, bo słuchając wczesnych płyt Amerykanina z naciskiem na żarliwe i chyba najbardziej uznane przez krytyków “Black Beings”, trudno nie odnieść wrażenia jakby każda wygrywana przez niego fraza czy solówka to była właśnie sprawa życia i śmierci. Niewiele się zresztą w tej sferze zmieniło w twórczości Franka Lowe’a na przestrzeni kilku dekad jego aktywności. Aż do 19 września 2003 roku, kiedy to muzyk musiał ostatecznie złożyć broń (zmarł na raka płuc).

Urodzony 24 czerwca 1943 roku i wychowany w Memphis, Lowe zaczął grać na saksofonie tenorowym w wieku 12 lat, by następnie udać się na studia do San Francisco. W pierwszej połowie lat 60. pojawił się w Nowym Jorku, co zaowocowało współpracą z Sun Ra, z którym koncertował w latach 1966-1968. Ten fakt niewątpliwie musiał mocno wpłynąć na młodego saksofonistę. Podobnie jak kolaboracja z Alice Coltrane na płycie “World Galaxy”, nagranej z pomocą 16-osobowej orkiestry smyczkowej i z wyjątkowymi interpretacjami “A Love Supreme” oraz “My Favorite Things”. Takie doświadczenia wyniesione ze współpracy z innymi muzykami jeszcze przed pierwszym albumem wydanym jako lider zespołu, sprawiły że w kolejnych latach Frank Lowe mógł w pełni rozwinąć skrzydła jako kompozytor i instrumentalista.

 

O dużym talencie saksofonisty można się już przekonać na przykładzie “Black Beings”. Płyta ukazała się w 1973 roku w barwach wytwórni ESP. U boku lidera pojawili się Joseph Jarman na altowym i sopranowym saksofonie, skrzypek Leroy Jenkins, perkusista Rashid Shinan oraz kontrabasista William Parker. Muzyka zawarta na płycie odznaczała się dużą intensywnością oraz gwałtownością charakterystyczną dla przedstawicieli nurtu free jazzowego w rodzaju Noah Howarda czy Franka Wrighta. Kolejne wydawnictwa, czego najlepszym przykładem jest “Fresh” z 1975 roku, stawiają na dużo większą różnorodność brzmieniową, choć o chodzeniu na kompromisy z kimkolwiek mowy być nie może. Wymieniona przeze mnie płyta przykuwa uwagę oryginalnymi interpretacjami dwóch utworów Theloniousa Monka (“Epistrophy” i “Misterioso”) oraz komunikatywnymi, a zarazem wyrazistymi dialogami między trębaczem Lesterem Bowiem, a puzonistą i bratem siły napędowej Art Ensemble Of Chicago, Josephem Bowiem. Być może to zresztą ten drugi znacząco wpłynął na Franka Lowe’a, który z “Chu’s Blues” uczynił prawdziwie groove’ową petardę prawie na miarę fenomenalnego “Mama Too Tight” Archiego Sheppa.

 

W tym samym roku amerykański saksofonista bierze udział w bardzo ważnej sesji do bardzo ważnego albumu jazzowego. Mam tutaj na myśli “Brown Rice” Dona Cherry’ego. Frank Lowe nie tylko współpracuje na tej płycie z wymienionym przeze mnie trębaczem, ale też spotyka Charliego Hadena czy Billy’ego Higginsa. Efektem jest jedna z najciekawszych jazzowych płyt tego okresu, będącą odzwierciedleniem fascynacji różnymi kulturami i gatunkami stylistycznymi. Wachlarz jest naprawdę szeroki i rozpościera się od rocka przez muzykę arabską, afrykańską, indyjską aż po blues i jazz funk.

Z dyskografii Franka Lowe’a doby lat 70. warto jeszcze wyróżnić co najmniej dwa wydawnictwa. Pierwsze to nagrane w duecie z perkusistą Rashiedem Alim “Duo Exchange”, które czasowo zamyka się zaledwie w 30 minutach, ale emocjonalnie jest to porażająca energią dźwiękowa ekstaza. Drugie to “The Flam”, stworzone w kwintecie i utrzymane w duchu “Fresh”, choć w moim przekonaniu trochę mniej udane.

 

W kolejnych dekadach Frank Lowe rzadziej dawał znać o sobie, aczkolwiek od czasu do czasu ukazywały się jego kolejne albumy. Na potrzeby “Decision In Paradise” zaprosił Dona Cherry’ego, z którym nagrywał “Brown Rice”. Podjął się także współpracy z puzonistą Grachanem Moncurem. Efekt nie był może porażający, ale stosunkowo wysoki poziom został utrzymany.

Lata 90. to z kolei m.in. wspólne granie z multi-instrumentalistą Joe McPhee, co przyniosło dwa albumy “Legend Street One” oraz “Legend Street Two” z muzyką zarejestrowaną w trakcie koncertów z czerwca 1996 roku, które odbyły się w Nowym Jorku. Problemy zdrowotne Franka Lowe’a sprawiły już jednak, że jego aktywność sceniczna była mocno ograniczona.

Za jego list pożegnalny należy chyba potraktować album “Lowe-Down And Blue”. Razem z zaproszonymi muzykami interpretuje kompozycje Sonny’ego Sharrocka, Pete’a La Roca, Deweya Redmana i Dona Cherry’ego. We wkładce do płyty przytacza koncepcję Wayne’a Shortera, która sprowadza się do stwierdzenia, że często mniej znaczy więcej dla muzyki. Wskazuje też Art Ensemble Of Chicago jako grupę, która stawiając na różnorodność, nie zapomina o tym, czym jest witalność i energia. Frank Lowe nie musiał się jednak powoływać na swoich mistrzów. Swoją twórczością udowodnił, że grając bezkompromisowo, można mieć wiele ciekawego do powiedzenia.