Esbjorn Svensson - człowiek z Vesteras

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 

Vesteras – jak na szwedzkie realia całkiem spore miasto. Ponad 130 tys. mieszkańców to nie przelewki. Przy okazji jedno z najstarszych w Europie Północnej. Tam powstała pierwsza szwedzka elektrownia wybudowana przez słynny energetyczny koncern ABB. Tam też, przed 65 laty, Erling Peerson zakładał swój pierwszy sklep odzieżowy, Hennes, będący protoplastą bodaj największego koncernu odzieżowego Hennes&Mauritz (H&M), ubierającego dziś miliony ludzi na całym świecie.

Nie wiemy o nim zbyt wiele, bo i dlaczego mielibyśmy wiedzieć. Nie urodził się tam żaden z członków ABBY, a fakt, że jest tam najwięcej w Szwecji dróg rowerowych to zdecydowanie zbyt mało, by skierował tam swoje spojrzenie miłośnik jazzu. Zanim trafiłby do Vesteras z pewnością pochłonąłby go Sztokholm, gdzie rozkwita skandynawski jazz, gdzie swego czasu zamieszkał wielki Don Cherry, albo leżąca nieopodal Upsala. Pewnie niektórzy pamiętają, że to właśnie na tamtejszej scenie grywał sam Eric Dolphy i że dowody na to nie przepadły w historycznej niepamięci.

 

 

Do zapatrzonego w jezioro Melar Vesteras jest zbyt mało powodów i zdecydowanie za daleko, by wybierać się na krajoznawcze, a tym bardziej muzyczne wycieczki. I to się pewnie nie zmieni, ale warto pamiętać, że to właśnie tam urodziło dwóch znakomitych jazzowych pianistów, którymi w ogromnej mierze ów  skandynawski jazz stoi. O Bobo Stensonie będzie jeszcze czas pisać. Nie raz pewnie kolejnymi swoimi płytami da nam ku temu znakomite powody. Z drugim będzie trudniej. Nie zagra przecież więcej ani jednego dźwięku. Odebrała go nam jego pasja do nurkowania.

Esbjorn Svensson miałby dziś 48 lat. Ciekawe czy, gdyby żył, dokończyłby swoją  jazzową konkwistę? Czy planowaną drugą trasą po USA rzuciłby jazzową Amerykę na kolana? Z Europą i Japonią się udało. Może więc i tej sztuki by dokonał, tym bardziej, że ta pierwsza trasa zakończyła się nieoczekiwanym sukcesem.

Wszystko jednak zaczęło się w Vesteras, w rodzinie, w której muzyka miała swoje istotne miejsce. Matka grała na fortepianie. Ojciec fanatycznie uwielbiał Duke’a Ellingtona. Jego droga do muzyki jednak tak całkiem prosta nie była. Esbjorn nade wszystko uwielbiał piłkę nożną i, co w Szwecji nie dziwne, świetnie jeździł na łyżwach. W końcu jednak zwrócił się w stronę muzyki, ale o swojej artystycznej młodości właściwie nigdy jakoś szczególnie dużo nie opowiadał. Wiadomo, że  jeszcze w gimnazjum trafił w ręce polskiego nauczyciela fortepianu Jerzego Lisewskiego, który nie uważał jazzu za diabelskie narzędzie wymyślone, by deprawować pilnych studentów wielkiej klasyki fortepianowej. Wiadomo, że lekcje z nim uważał za punkt zwrotny w swoim muzycznym życiu. Że inspirował go Jan Johannson – mało znany poza Skandynawią pianista, który jednak, co warto odnotować, był pierwszym Europejczykiem zaproszonym do legendarnego przedsięwzięcia Jazz At The Filharmonic, także wiemy. Nie jest tajemnicą również i to, że z lubością grywał w zespołach rockowych i fascynował się muzyką Chicka Corei i Keitha Jarretta.

 

Ale przecież nie tymi fascynacjami i nie naśladowaniem wspomnianych mistrzów Svensson zdobył sobie serca fanów jazzu na całym świecie. Zresztą nie tylko fanów jazzu. Z perspektywy jazzfana purysty grał dziwną muzykę. Może nie na samym początku kariery fonograficznej, ale pod koniec to już na pewno. Trudno nawet było bez wątpliwości sklasyfikować ją jako jazzową. Z każdym nowym krążkiem Svensson coraz bardziej oddalał się od jazzowej konwencji, z każdym rokiem opuszczał terytorium zakreślone przez Theloniousa Monka, choć akurat jemu poświęcił cały album i coraz to bardziej dystansował się wobec etosu uświęconego nagraniami triów Billa Evansa czy Keitha Jarretta.

Pamiętam doskonale moment, kiedy po raz pierwszy trafiła w moje ręce płyta Svenssona i jego tria „From Gagarin’s Point of View”. Nie byłem nią bardzo zachwycony. Jakże daleko było temu graniu do tego co wówczas rozpalało moją wyobraźnię. Jak mało otwarte to granie mi się wówczas wydawało, zwłaszcza że urokiem kusiła Irene Schweitzer, mahlerowski Uri Caine, Barry Guy czy grupa What We Live. Bardzo długo trwało, zanim tak na dobre przekonałem sam siebie, że po Svenssonowską muzykę warto sięgać.

Właściwie nastąpiło to na sam koniec, dopiero gdy wydał „Leucocyte” – album będący zapisem części ostatniej sesji, jaką zarejestrował. Ale to była już całkiem inna muzyka. I ja chyba także byłem już innym słuchaczem. Ale Svensson w wydaniu studyjnym to jedna osoba, a warunkach koncertowych ktoś zupełnie inny. To była zaskakująca obserwacja. Poczyniona zresztą przeze mnie właśnie w chwili, gdy trio ruszyło w trasę koncertową z materiałem z „From Gagarin Pont Of View”. Miałem wówczas szansę posłuchać go na koncercie w Salzau podczas festiwalu Jazz Baltica. 13 lat temu. Zdumiewająca rzecz. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że do jego muzyki rejestrowanej w zaciszu nagraniowego studia przeniknąć potrafi zaledwie znikoma część inwencji, polotu i  energii, jaka naprawdę emanowała z pianisty. Bez dwóch zdań, trio Esbjorn Svensson, Dan Berglund i Magnus Ostrom było zespołem koncertowym. W obliczu publiczności uwalniał się z niego duch wielkiej improwizacji i rozmach zupełnie niespotykany.

 

E.S.T. zjeździło Europę wzdłuż i wszerz. Każdy nowy krążek poparty był kilkumiesięczną serią występów na żywo, zapewniających Svenssonowi pozycję jednej z największych atrakcji  koncertowych swoich czasów. Pierwsza zdobyta została rodzinna Szwecja, potem Niemcy, a potem Wielka Brytania i reszta Europy, a „Dodge The Dodo” śpiewany był przez coraz to bardziej rosnąca w siłę rzeszę fanów.

I właściwie nie było się czemu dziwić. Svensson znalazł swoje miejsce w muzyce, gdzieś na styku jazzu, rocka, z niebagatelnym talentem improwizatorskim, rzadko spotykaną łatwością komponowania melodii, w połowie drogi pomiędzy graniem akustycznym i elektronicznymi zabarwieniami, które zresztą wraz z kolejnymi płytami stawało się coraz silniejsze i coraz bardziej zintegrowane ze stylem grupy. I, co nie mniej ważne, znalazł odbiorcę dla swych pomysłów. Nade wszystko jednak powodzenie zapewniła mu wcale nie stylistyczno-estetyczna fuzja doskonale odpowiadająca zapotrzebowaniu młodszej i niekoniecznie stricte jazzowej publiczności, ale obezwładniająca szczerość muzycznej wypowiedzi. Tak naprawdę można było być znudzonym monotonią jego muzyki, narzekać na znikomą złożoność kompozycji, irytować się elektronicznymi brzmieniami, a nawet nieco niecierpliwić się rozrastającymi się w wersji koncertowej wykonaniami, ale wystarczyło jednak na chwilę przestać oceniać i pozwolić jego muzyce działać, by wszelkie zastrzeżenia traciły jakiekolwiek znaczenie.

Tak, Esbjorn Svensson znał sposób słuchacza. Znał klasykę, jazz i rocka i z każdego z tych stylów zrezygnował na rzecz własnej wizji muzyki. Budował ją długo, ale proces był naturalny proces i zwieńczyła go wydana w  2008 roku sesja znana dziś jako „Leucocyte” i „301”. Tak, jakby niemal od początku, intuicyjnie wiedział, że jego muzyka może istnieć gdzieś pomiędzy Jarrettem i Radiohead, być jednocześnie jazzowo zmienna i rockowo silna, i w końcu też stanowić pomost między dawnym i nowym.

Pewnie w Vasteras, na placu przed XIII-wieczną katedrą, nie stanie jego pomnik. 16 wydanych płyt i setki tysięcy fanów na świecie to jednak mimo wszystko za mało, ale może chociaż tablica pamiątkowa na jednej ze średniowiecznych kamienic, albo na ścianie budynku gimnazjum, w którym stawiał pierwsze muzyczne kroki. Może! Ostatecznie był przecież jednym z tych szwedzkich jazzmanów, których pokochano na całym świecie.